Sezon 10 - recenzje (autor: SPIDIvonMARDER)


Recenzja autorstwa: SPIDIvonMARDER

Metryczka:
Seria – My Little Pony: Friendship is Magic/Season 10
Zbiór – „Volume 1” serii „Season 10”, zawierająca zeszyty #89-93 (zeszyt 93 opiszę w następnej recenzji)
Tytuł – „Zecora Returns Home”
Autor – Jeremy Whitley
Rysował – Andy Price
Kolory – Heather Bleckel
Teksty – Neil Uyetake
Data wydania: 12 sierpnia 2020
Tłumaczenie: LINK

UWAGA! PONIŻSZY TEKST JEST NAFASZEROWANY SPOILERAMI JAK LINIA MAGINOTA MINAMI

PONIŻSZY TEKST DOTYCZY PIERWSZYCH 4 ZESZYTÓW „SEZONU 10”, ORAZ FANOWSKIEGO TŁUMACZENIA W REDAKCJI KINKEI PIE

Chyba wielu z nas z radością usłyszało informację, że wydawnictwo IDW zamierza kontynuować kucykowe serie komiksowe i to pomimo oficjalnego zakończenia emisji serialu. Po intensywnej ofensywie na sam koniec kariery marki „My Little Pony: Friendship is Magic” (zwanego u nas G4) zaczęło równie dynamicznie wycofywać się z franczyzy. Przykładowo, poznikały zabawki ze sklepów, a niedługo potem zostały zastąpione przez Pony Life, którego jakość eufemistycznie pominę milczeniem. Dlatego się bardzo ucieszyłem, że chyba najważniejsza dla mnie franczyza G4, a więc komiksy, będzie kontynuowana.

Dodatkową niespodzianką okazała się nazwa nowej serii ometkowanej jako „Season 10”, co sugerowało bezpośrednią kontynuację fabuły serialu. Stawkę podbiła w miarę wczesna informacja, że już w pierwszym zeszycie ujrzymy historię Zecory, czyli chyba najbardziej zaniedbany wątek jednej z ważniejszych postaci drugoplanowych. Nie pozostało nic innego, jak czekać na ten „nowy sezon” naszego ukochanego serialu.


Słowem wstępu chciałbym jeszcze wyjaśnić swój stosunek do kwestii kanoniczności wszelkich komiksów. Otóż uważam je za całkowicie alternatywny kanon, który jest poniekąd aktualizowany pod serial, lecz nie odwrotnie. Zatem to, co było w serialu, jest kanoniczne dla komiksów, ale nie vice versa. Z tego powodu należy ostrożnie podchodzić do poszerzania wizji uniwersum serialowego pod wpływem informacji komiksowych.

Mój pogląd opiera się na krytyce wielu elementów w komiksach, które bardzo gryzą się z logiką serialu i jego klimatem. Nie są wspominane w samym show, a byłyby istotne dla rozwoju wielu sezonów (np. daleka przeszłość księżniczki Celestii i jej stosunek do Sombry, zachowanie i relacje Luny z poddanymi, wynalazki pojawiające się tu i ówdzie). Oczywiście można wskazać pewne inspiracje komiksami i pojedyncze fakty, które się przeniknęły, jak chociażby wspomnienie o ojcu Lorda Tireka, które znikąd pojawiło się w finale serialu, a w komiksu z serii „Friendship is Magic” stanowiło koncept całej fabuły.

Niemniej zakończenie emisji serialu zwalnia twórców komiksów od prawie wszelkiej odpowiedzialności i pozwala rozwinąć skrzydła. Nawet, jakby dali Twilight siostrę bliźniaczkę, serial nie musiałby się z temu podporządkować.

I IDW wykorzystuje tę możliwość z pełną premedytacją.

Od razu zdradzę, że ta cecha to ogromna zaleta i na pewno daje serii nową jakość. Wcześniejsze przygody w dużej mierze były jakimiś epizodami powciskanymi między ważniejsze, serialowe wydarzenia. Tutaj pojawia się gruba intryga, która dla mnie jest monstrualnie obrazoburcza, ale równocześnie fascynująca i utrzymana konsekwentnie w jednym stylu. Dlatego muszę sobie wciąż powtarzać, że „to nie jest kanon, to nie jest kanon, tylko spokojnie, Spidi”, a wtedy czyta się to z fascynacją.

Ok, do rzeczy.

Księżniczka Twilight powołuje cztery drużyny emisariuszy przyjaźni, które mają głosić słowo Canterlotu i zawiązywać sojusze w ościennych krajach. Składy są przesmakowite, gdyż stanowią wymieszane ekipy Mane 6, Filarów Equestrii i ich przyjaciół z filmu lub drugiego planu serialu. W pierwszej wyprawie widzimy Applejack, Rockhoofa, Tempest Shadow (temPESTKA ;) ) i Zecorę, która powraca w rodzinne strony, choć tego bardzo nie chce. Na miejscu spotyka dawnych towarzyszy zabaw, z którymi łączą ją traumatyczne wspomnienia.

Nie są to jednak same zebry, a raczej… zebr w tym komiksie jest bardzo mało. Oprócz samej szamanki głównymi bohaterkami są dwie adaby i dwie kelpie, które reprezentują różne „żywioły”. Adaby pustynne, kelpie wodne. Ciekawe rozwiązanie, a design postaci fascynujący. Choć… są tak „inne” od stonowanych kucyków lub zebr, że ktoś złośliwy mógłby je posądzić o pochodzenie z pony generatora.


Owe kelpie i adaby dysponują przepotężnymi mocami, które kojarzą się z amerykańskimi superbohaterami. Przykładowo, Crystal jest lodową kelpie i może wyczarowywać lodowe konstrukcji ogromnych rozmiarów. Trochę śmierdzi Elzą.

Z kolei Cactus Rose potrafi dosłownie rozmawiać z roślinami, które dzielą się informacjami wymagającymi postrzegania charakterystycznego dla istot rozumnych. Na przykład wskazać drogę.

Osobiście mam lekką alergię na OP postacie, lecz tutaj komiks choć odrobinę stara się uspokoić czytelnika. Crystal po wyczerpującym użyciu swej mocy zaczyna wysychać (i zdaje się umierać), a Medley Brook, wodna kelpie, jest powstrzymywana przed podzieleniem się wodną mocą, gdyż sama będzie jej potrzebowała później.

Urocze.

Komiks podzieliłbym na dwa główne tematy, które zapewne wszystkim wydadzą się mocno znajome.
Pierwszy, to główna intryga fabularna polegająca na wyprawie na pustynię w celu pokonania groźnego potwora Grootslanga, mieszkającego w opuszczonej świątyni. To typowy heroic fantasy quest. Drużyna zróżnicowanych bohaterów musi się wspierać wobec łańcuchowo generowanych zagrożeń, a że każdy posiada unikalne super-moce, to od razu wiadomo, kto jest od czego. Jedna obłaskawi groźnego roka, inna wykaże się szczodrością…

Już wiecie, do czego zmierzam?

Ostatecznie bohaterki uświadamiają sobie, że reprezentują sześć uniwersalnych cnót społecznych, będących fundamentem („dekalogiem”… „heksalogiem”?) idealnego, szlachetnego zachowania. Dzięki temu nagle zostają obdarowane wspaniałymi naszyjnikami, budzą tajemnicze drzewo, a Zecora odkrywa, że spaja całą drużynę ze sobą dzięki magii…

…no i pojawia się coś podobnego do Orbitalnego Działa Przyjaźni™, co pokonuje Grootslanga.

Tak, to „Przebudzenie Mocy”, czyli powtórka czegoś, co niegdyś pokochaliśmy, ale otrzymujemy z nieco innymi bohaterami w bardziej egzotycznej scenerii. Nowe Mane6, nowe Drzewo Harmonii, Klejnoty Harmonii te same. Odcinek… to znaczy komiks, ma również podobny schemat, czyli skłócona i straumatyzowana bohaterka musi współpracować z nowymi/starymi wybitnymi istotami i odkryć (na nowo) czym jest przyjaźń. To oczywiście udaje.

Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie drugi temat, a więc właśnie pokonanie demonów przeszłości, uprzedzeń i siebie samego, aby otworzyć się na innych. Zecora wyprowadziła się z domu, gdyż nie doceniono jej pasji do magii i stylu życia kujona. Inne koleżanki chciały się z nią bawić, ale ona wolała książki…

Resztę już sami wiecie.

Zatem mamy początek epickiej historii, która z jednej strony od pierwszych kartek poszerza uniwersum w tempie geometrycznym. Z drugiej, sama fabuła to powtórka z rozrywki. Z trzeciej, robimy głęboki skok w psychikę powszechnie lubianej i zaniedbanej przez Hasbro Zecory. Dostała zatem swoje piętnaście minut chwały i bardzo to doceniam. Tak samo podobało mi się wprowadzenie nowych gatunków magicznych istot, co wydaje mi się logicznym następstwem wkroczenia do egzotycznego świata.

Niemniej sam świat był dość rozczarowujący, gdyż poddany globalizacji. Praktycznie w ogóle nie zwiedzaliśmy części zurbanizowanej i w komiksowej „Cassabrona” („brona?”) arabski orient został zminimalizowany. Opowieści o Rockhoofie sa powszechnie znane, a dzieci bawią się w „Ogres and Oubilettes” (lokowanie produktu, co nie?). Spora szkoda, gdyż z wielką chęcią poznałbym nową kulturę.

Miałbym też sporo uwag co do spójności ukazanego świata. O ile fantastycznie wyjaśniono genezę rymowanej retoryki Zecory, o tyle ciężko mi uwierzyć, że tak potężne istoty jak kelpie i adaby są po prostu zwykłymi mieszkańcami, a kiedyś były przeciętnymi dziećmi. Wyobraźmy sobie, że alicorny hasają sobie po każdym podwórku i potem podejmują się codziennych prac, w tym narzekają na niskie pensje i brak perspektyw.

Niemniej to nadal świetny komiks, z przepociesznymi rysunkami Andy’iego Price’a i fantastycznymi postaciami. Zarówno rozczulają stare (Tempest Shadow, Rockhoof), jak i nowe (adaby, kelpie i pasiasta przyjaciółka Zecory, Marini). Gdyby je nieco utemperować, byłyby prawie doskonałe.

Akcja oczywiście zasuwa, a czytelnik jest zasypywany gagami, easter eggami oraz po prostu zabawną, wykręconą fabułą. Pomimo obrazoburczości, nowy kanon to fascynująca przygoda i wiele ciekawych inspiracji, bardzo cennych dla fanfikowców. Zdecydowanie, pierwsza, czterozeszytowa przygoda dziesiątego sezonu to niejako odświeżenie tej nobliwej marki.

TŁUMACZENIE

Zapewne czytelnicy FGE doskonale wiedzą, że jedna pegasis, zwana Kinkie Pie, od dawna wykonuje prawdziwie tytaniczną, syzyfową pracę. Podjęła się projektu przetłumaczenia wszystkich komiksów na język polski. Jej zadanie dotyczy nie tylko samych dymków, ale obejmuje także edycję grafiki na tyle, aby onomatopeje i inne „przestrzenne” napisy również zostały spolszczone. Przykładem mogą być słowa będące równocześnie okrzykami („NAPRZÓD!”), które narysowano, a nie napisano zwykłą czcionką.


Korzystając z Painta 3D jest w stanie nawet uzupełniać błędy grafików, typu dorysowanie brakujących skrzydeł postaciom. Mówimy tutaj oczywiście o typowych przeoczeniach, a nie ingerowaniu w fabułę. Co więcej, poprawia liczne błędy i uproszczenia dokonane przez Egmont w ich licencjonowanym wydaniu. Nierzadko tłumacze „spłaszczali” mrugnięcia okiem do czytelnika. Przykładowo, w pierwszej części „Neigh Anything”, widzimy zdjęcia uczniów ze szkoły Shining Armora i Cadance. Pośród nich jest klacz w koszulce, na której widnieje napis „Star Return”. To oczywiste nawiązanie do Gwiezdnych Wojen. Niestety, Egmont umieścił u siebie „powrót gwiazdy”… dopiero Kinkie zrobiła to normalnie.

Ktoś złośliwy mógłby orzec, że to bezsensowny projekt, gdyż oryginalna wersja jest najlepsza i tłumaczenie obiektywnie i zawsze coś gubi wobec pierwowzoru. To po części prawda, ale niejedna osoba spośród nas ma jednak pewne problemy z językiem angielskim i sama wiele traci przy lekturze. Nie jest w stanie wychwycić niektórych niuansów, a przede wszystkim gier słów. A tych w MLP nie brakuje. Zresztą… chyba naprawdę mało kto potrafiłby zidentyfikować wszystkie podteksty i odwołania do amerykańskiej kultury, które pojawiają się mnogo w wielu, wielu miejscach.

Dzięki kwerendzie źródłowej i konsultacjach, Kinkie stara się te detale wychwytywać i w miarę możliwości tłumaczyć lub chociaż objaśniać w przypisach dolnych, co już wkracza w sferę „opracowania” literatury. Trochę to przesadne określenie, niemniej szczere.

Otrzymujemy fantastyczne owoce bardzo ciężkiej i czasochłonnej pracy. Cieszę się, że w naszej społeczności wciąż są osoby gotowe przeznaczyć tyle wolnego czasu, aby pomóc innym.

Dziękuję za lekturę. Na razie tyle, ale niedługo na pewno napiszę kolejne recenzje dalszych zeszytów.

DODANO:

Pewien problem z interpretacją nazwy nowych istot, tj. adab. „Adapa” był w mitologii mezopotamskiej (babilońskiej) mędrcem i kapłanem, który położył podwaliny pod cywilizację człowieka, a także musiał dealować z bogami, co przypomina nieco Prometeusza. Prawdopodobnie od imienia owego bohatera wywodzi się arabskie słowo „adab”, a więc pakiet cech, zachowań i norm muzułmańskiego świata intelektualnego. „Adib” to osoba znająca i wiedząca o owych „cnotach” (a więc domyślnie stosująca się do nich). Można to łączyć z postacią Adapy, a więc mędrca i kapłana.

Adaby w komiksie nie należą do specjalnie rozintelektualizowanych umysłów, nie mówiąc o jakimkolwiek podobieństwie do arabskich humanistów. Ich wygląd kojarzy mi się nieco z antylopami (gazele w świecie arabskim uchodziły za uosobienie piękna i gracji). Być może chodzi o to, że Dust Devil i Cactus Rose reprezentują Elementy harmonii, a więc cnoty?

Temat wymaga dalszych badań!

Komentarze

  1. Dziękuję, i doceniam recenzję mojej amatorskiej roboty. <3
    Tak naprawdę nie mam pojęcia o grafice, o większości nawiązań, ani o języku angielskim (dopiero się uczę, szkoła się nie liczy). Bez google i wikipedii nic bym nie zrobiła. Zaś edytowanie napisów w tle, które są napisane fantazyjnym fontem sobie odpuszczam z tego względu, że nie mam takich samych wzorów fontów, jakie zostały użyte w komiksie, a szkoda mi coś ładnie wyglądającego usuwać i pisać po polsku, prostym fontem.

    Z tym że jeśli mam na tapecie komiks wydany przez Egmont, gdzie napis w tle z fantazyjnym fontem został przetłumaczony na język polski z takim samym fontem (Egmont miało prawdopodobnie wzory od IDW), to kopiuję te napisy ze skanów od Egmontu i wklejam je w cyfrową wersję, którą edytuję. Gdy pracuję nad komiksem, który nie został wydany w Polsce (np. Mikro Seria), to zostawiam angielski napis w tle i pod nim dopisuję polskie znaczenie tego napisu.

    Dodam że "Neigh anything...", w polskim wydaniu "Rżenie serca" dopiero się tworzy, i tworzyć się będzie jeszcze długo. Jedną z moich wad jest szczegółowość, co wpływa na tempo edytowania komiksów.

    Wiadomo jest, że "Rżenie serca" ("neigh anything..." wraz z "Zen i Sztuka naprawy altany" były wydane w trzecim tomie komiksów MLP serii głównej "Przyjaźń do Magia", a ja tak naprawdę przetwarzam te historie na wersje cyfrowe, edytując PDFy oryginalne, po angielsku, ale wciąż będę tak robić, bo uważam że to jest dobre. Pomimo że Egmont zrobił całą robotę.

    "neigh anything..." i Zen and the Art Gazebo Repair" to tytuły, które są nawiązaniem do pewnych rzeczy. Rzeczy, które mają coś wspólnego z fabułą historii w komiksach. Dopisuję notatki z nawiązaniami gdzie się da, a jak nie ma miejsca, to rozszerzam stronę komiksu wzdłuż i dopisuję notatkę.

    Na koniec napiszę, że nie chodzi mi o komentarze na temat mojej osoby, ale o komentowanie historii tych komiksów.
    Nie czytam komiksów od razu, czytam komiks, gdy mam zamiar go przeedytować, a po umieszczeniu PDFów na Mega mam wielką ochotę z kimś pogadać o historii, którą sama niedwano przeczytałam. Dlatego tak jojczę o komentarze.
    Dziękuję raz jeszcze za super recenzję czterech części, naprawdę się cieszę, bo jest w pewnym sensie komentarzem do historii. Tym, czego mi brak. :D

    I dziękuję wszystkim którzy czytają moje tłumaczenia <3
    Brohoof /)

    OdpowiedzUsuń
  2. Małe sprostowanie, na które zwróciła uwagę autorka tłumaczenie:
    Dust Devil i Cactus Rose to nie kelpie, a adaby. Stąd fragment:

    "Nie są to jednak same zebry, a raczej… zebr w tym komiksie jest bardzo mało. Oprócz samej szamanki głównymi bohaterkami są cztery kelpie, które mitologicznie powinny być „duchami rzek”, to tutaj reprezentują różne „żywioły”, w tym żywioł elektryczności. Ciekawe rozwiązanie, a design postaci fascynujący. Choć… są tak „inne” od stonowanych kucyków lub zebr, że ktoś złośliwy mógłby je posądzić o pochodzenie z pony generatora.

    Owe kelpie dysponują przepotężnymi mocami, które kojarzą się z amerykańskimi superbohaterami. Przykładowo, Crystal jest lodową kelpie i może wyczarowywać lodowe konstrukcji ogromnych rozmiarów. Trochę śmierdzi Elzą."

    Powinien brzmieć:

    "Nie są to jednak same zebry, a raczej… zebr w tym komiksie jest bardzo mało. Oprócz samej szamanki głównymi bohaterkami są dwie adaby i dwie kelpie, które reprezentują różne „żywioły”. Adaby pustynne, kelpie wodne. Ciekawe rozwiązanie, a design postaci fascynujący. Choć… są tak „inne” od stonowanych kucyków lub zebr, że ktoś złośliwy mógłby je posądzić o pochodzenie z pony generatora.

    Owe kelpie i adaby dysponują przepotężnymi mocami, które kojarzą się z amerykańskimi superbohaterami. Przykładowo, Crystal jest lodową kelpie i może wyczarowywać lodowe konstrukcji ogromnych rozmiarów. Trochę śmierdzi Elzą."

    Zwróciła też uwagę, że płeć nowych istot nie jest jednoznacznie określona, stąd moje uznanie ich za "bohaterki" traktujcie jako mój odbiór tych osób, a nie potwierdzony kanon.

    Dzięki za uwagi :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Z jednej strony mamy powtarzaną znaną nam już opowieść i te same lekcje przyjaźni, ale za to pojawiło się nowe miejsce (bardziej wolałam fanowską nazwę Zebrica, ale już trudno), nowe postacie i te tajemnicze lampki, które zapalają się po kolei przy aktywowaniu każdego z Drzew Harmonii. Bardziej by mi się podobało gdybyśmy w krainie zebr mogli zobaczyć więcej zebr i żeby wyglądem bardziej przypominały Zecorę, bo niektóre z tych dodanych im kolorków raziły mnie po prostu w oczy. Właściwie to tylko niektóre postacie i akcje oraz zakończenie sprawiły, że uważam tę część serii za dobrą. Myślę też, że jest spora szansa na jakieś naprawdę niesamowite zakończenie sezonu 10 i mam szczerą nadzieję, że twórcy tego nie popsują. Jak już wspominałam wielokrotnie tłumaczenie, nawiązania i to, co Kinkie jest w stanie zrobić odnośnie napisów graficznych jak "NAPRZÓD!" jest naprawdę świetne i utrzymane na wysokim poziomie. Jeszcze raz brawa dla naszej cudownej tłumaczki Kinkie Pie!

    P.S. Dust Devil to chyba ogier?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dust Devil był ogierem, kiedy edytowałam tę historię, wikipedia fandomu mi powiedziała.

      Ale teraz Dust Devil na wikipedii jest niebinarne. Cactus Rose jest płci żeńskiej, ale Dust Devil stało się niebinarne.
      W ogóle z tą niebinarnością to dziwne rzeczy się dzieją...

      Teraz edytuję "Rżenie Serca", które zostało wydane w Polsce i jak zaglądam w nawiązania do popkultury to co tam się nawiązuje, to ja nie... :o
      Klep Rozmóżdżony. Dosłownie.

      Usuń

Prześlij komentarz

Tylko pamiętajcie drogie kuce... Miłość, tolerancja i żadnych wojen!

Popularne posty