mnie nie widać! yay!

czwartek, 19 marca 2020

Relacja z sądeckiego Ponymeeta 0.5


My piszący wspólną relację. Wszystko zgodnie z planem. Porządek przede wszystkim. Jako rzecze Luna nam miłościwie panująca.



Jeszcze fandom nie umarł, póki żyją ci goście, mówię wam. 
A, nie wiecie, o kogo chodzi?
Dawno, dawno temu, czyli pod koniec stycznia 2020 grupa przyjaciół postanowiła zorganizować małego ponymeeta w Nowym Sączu z okazji urodzin Altiusa Volantisa.
Miało być 8 osób, a wróciły tylko 3 wliczając jubilata. No... może trochę podkoloryzowałem. Uczestnicy meeta, którym udało się przeżyć (Altius, Neji i Obsede) napisali dla was relację... 7 stron A4 + zdjęcia. No co ja mogę!  Przynajmniej widać, że dobrze się bawili.
Zapraszam i oddaję głos szanownym autorom!


Hej wszystkim! Cała nasz kozacka (hehe, bo Kozacy, czaicie?) ekipa (czyli Altius, Neji i Obsede) przedstawia Wam naszą relację z sądeckiego Ponymeeta 0,5!

Fandom My Little Pony: Friendship is Magic jest, pomimo ciągłego wieszczenia jego śmierci, bardzo aktywny i potrafi zorganizować się nawet na niewielkie imprezy.

Ponymeety to ważny element życia fandomowego, który trzyma go przy życiu. Pod pretekstem pogadania o kolorowych kucykach spotyka się wielu znajomych, czasem mieszkających setki kilometrów od siebie, by po prostu wspólnie spędzić czas.

Tym razem padło na Nowy Sącz. Tamtejszy fandom drzemie od dłuższego czasu - i to wyjątkowo mocno. Większych meetów nie widzieli tam chyba nawet najstarsi Broniacze, a choć na razie nie zapowiada się, by miały się pojawić, każda inicjatywa to krok w dobrą stronę. W końcu, Bronies i Pegasis też na pewno tam są. Albo będą, tylko jeszcze o tym nie wiedzą.


Przykładem takiego wydarzenia były urodziny naszego kolegi Altiusa, który dla uczczenia tej okazji zorganizował mały meet u siebie w pokoju oraz na terenie Nowego Sącza. Meet został zapowiedziany już kilka tygodni wcześniej, więc było dość czasu by wybadać drogi dojazdu i zaplanować jego przebieg niemalże godzina po godzinie.

Jak mawiał premier Wielkiej Brytanii, Winston Churchill: żaden plan nie przetrwa pierwszego kontaktu z przeciwnikiem. A była nim sławna „Szczęśliwa Trzynastka”, która w te dni zdawała się podążać za nami krok w krok.




Meety mogą być większe bądź mniejsze – do tej drugiej kategorii na pewno należy Sądecki Ponymeet Alpha 0.5, który odbył się w dniach od 24 do 26 stycznia w Nowym Sączu. Meet, który miałem okazję tak naprawdę planować (i przy okazji zorganizować wszystko) tak, żeby każdy był zadowolony i dobrze się bawił. Nie powiem, że było to zadanie łatwe i przyjemne, ale ostatecznie udało się jakoś. Niemniej, to była ciężka droga.





Tak, Alphameet to kameralna impreza, przynajmniej na razie. Tym niemniej, ciągle żyje i ma się całkiem dobrze. Piąty już, tym razem trzydniowy meet... no właśnie - ktoś zapyta, co to w ogóle za meet, na kilka osób? Minimeet? Albo mikro? W zasadzie, co za różnica? Chodzą słuchy, że od takich właśnie kilkuosobowych meetów wszystko się zaczęło, a mała ilość uczestników nie przekłada się przecież na gorszą zabawę. Dodajmy też, że drużyna jest coraz większa, a z raczej spontanicznej formy Alpha zamienia się powoli w zorganizowany meet z określonym planem atrakcji. 


Właśnie, chyba zapomnieliśmy o jednym - Alpha. Nazwa wzięła się od spotkania, które miało miejsce niedługo przed Kucykonem 2019. Jego celem było nagranie kaset z EPką ,,Equestrian Journey'' autorstwa solenizanta, z premierą planowaną właśnie na ten meet. W trakcie walki z problemami technicznymi serwowanymi przez FL Studio, samowylewającym się złośliwie cydrem oraz nieco agresywnymi kasetami magnetofonowymi, pojawiła się nazwa samego meeta. Pierwsza nagrana i działająca kaseta (tak, udało się) otrzymała oznaczenie Alpha 0.1. Meet również był pierwszą próbą przed bardziej zorganizowanymi spotkaniami: mamy więc i nazwę, i przy okazji styl numeracji.


Pierwszym punktem oczywiście jest plan atrakcji. Co prawda, w tym przypadku nie było to skomplikowane, ze względu że nie było możliwości wynajęcia lokalu na skalę meeta (planowaliśmy go na maksymalnie 10 osób), niemniej jednak trzeba było uporządkować sporo spraw. Przede wszystkim, co mieliśmy robić? Nowy Sącz to naprawdę niewielkie miasto i atrakcji zbyt wiele tu nie ma. W końcu, po rozmyślaniach i konsultacjach, zdecydowaliśmy się na kilka głównych punktów planu – wycieczkę do browaru w Siołkowej, gdzie mieści się lokalny browar, oferujący świeże i bardzo dobre piwo, a także małą salę, gdzie można po prostu posiedzieć, porozmawiać czy zagrać w jakąś karciankę. Drugim najważniejszym punktem było odwiedzenie punktu widokowego na Woli Kroguleckiej w okolicach Starego Sącza, dokąd należało dojechać autobusem, a następnie około 4 km przejść pieszo.

Pierwszego dnia meeta okazało się, że frekwencja będzie niższa niż się spodziewaliśmy, gdyż dwójka naszych znajomych – Porcelanowy Okular i Pisklakozaur – nie mogła przyjechać. Był to istotny problem, gdyż zakładano, że w meecie weźmie udział 8 uczestników. Pod tę liczbę ułożyliśmy listy konkursowe w turnieju „Theme Fighting’ Herds” i z tego samego powodu, nie planowaliśmy sesji gry fabularnej „Equestria: Puść Wodze Fantazji”, gdyż taka ilość grających wydłużyłaby sesję do godzin porannych. Nasz mistrz gry nie miał zatem gotowej historii. 



Następną częścią przygotowań było zaplanowanie noclegu. Nie mogłem niestety zaoferować nic więcej niż mój pokój, co też nie do końca załatwiało sprawę. Początkowo myślałem o wynajęciu gdzieś noclegów (na szczęście nie jest to problem na mojej ulicy), ale ostatecznie udało się ogarnąć dodatkowy pokój u jednego z moich współlokatorów, a także kilka (na)dmuch(i)wanych materacy (które koniec końców, albo początek początków. okazały się nieszczelne). 


I tak… nadszedł dzień meeta, czyli pamiętny piątek. Nie będąc, ze względu na pracę, przyzwyczajony do wczesnego wstawania, jakoś zwlokłem się z łóżka, niemniej po szybkim prysznicu i zakupach mogłem zwyczajnie upewnić się, czy wszystko jest okej. No a jako że było, zostało oczekiwanie na pierwszych gości, którymi byli Neij oraz Kideł, którzy z racji obecności na poprzednich meetach nie mieli problemu z dotarciem do mojej siedziby – jest to około 20-30 minut drogi pieszo, w zależności od pogody, wilgotności powietrza i innych czynników. Po przybyciu na miejsce i zwyczajowym przywitaniu, rozłożeniu prowiantu i napitku do lodówki oraz podziwianiu pluszaka Kideła, nadszedł czas na zwyczajowe nerdzenie w oczekiwaniu na resztę ekipy – tego dnia przybyć mieli jeszcze Betonowy Jeż oraz Porcelanowy Okular wraz z Pisklakozaurem. :3

Oczekiwanie na kolejne osoby umiliły próby psucia nut na DJskim studiu Altiusa oraz - tym razem zakończone sukcesem - zdalne przeprogramowanie żarówki, by migała jak szalona, nie dając się przy tym dowolnie włączać i wyłączać. Najprawdziwsza magia! Trochę ciężej było to wszystko odkręcić.




A jako że pora obiadowa nadeszła, postanowiliśmy wybrać się do jednego z moich ulubionych lokali, Jadłodajni Pod Wierzbą (wszystkim czytającym z Nowego Sącza i okolic – polecam!), gdzie chcieliśmy zjeść obiad oraz przy okazji odebrać Betonowego Jeża z miejsca przeznaczenia, który był z nami w ciągłym kontakcie.


Przygoda czekała tuż za progiem, samo korzystanie z sądeckiej komunikacji może bowiem być niezapomnianym przeżyciem! Autobusy widmo jadące bez kierowcy, autobusy SUPER widmo, czyli takie których w ogóle nikt nie widuje, całkowity brak komunikacji nocnej... Jest za to nocna prohibicja, choć to chyba niezbyt dobra pociecha?



I wreszcie zakup biletu, nieco utrudniony przez zawrotną ilość biletomatów, do których liczenia nawet nie potrzeba palców. Wystarczy kopytko. Tak, w całym mieście jest najwidoczniej 1 (słownie: jeden) biletomat. Zepsuł się już drugiego dnia po uroczystym otwarciu dworca MPK, ale na pewno bardzo starał się działać. Apka biletowa zbuntowała się natomiast dokładnie w chwili, gdy przyjechał autobus - ale to już standard.

Po zjedzeniu dobrego obiadu i odebraniu Betonowego Jeża z przystanku udaliśmy się w kierunku galerii Trzy Korony, skąd mieliśmy odjechać do browaru Grybów (co prawda mieszczącego się przed Grybowem – w Siołkowej). 






Wiadomo, browar Grybów nie może znajdować się w Grybowie. Proste rozwiązania nigdy się nie sprawdzają. Okazało się przy okazji, że o ile tamtejszy rozkład jazdy autobusów to w sumie literatura dark fantasy, to z kolei kierowcy bywają niespodziewanie uprzejmi. Kideł początkowo załapał się na kurs za darmo, posiał bowiem gdzieś portfel, a w dodatku kierowca na widok naszej grupy szybko odwrócił wzrok. Do dziś nie wiemy, o co mu chodziło, ale w rezultacie nie policzył nawet, ile powinien sprzedać biletów. 


Tymczasem nim dotarliśmy na miejsce, zapadła ciemność. Ciemność dosłowna i totalna, w okolicy osławionego browaru nie odkryto dotąd lamp drogowych... Lub też świadomie, jedynym jasnym punktem miał być sam browar, całkiem jakby służył w roli latarni morskiej. 
I gwiazdy! Przy krakowskich (i nie tylko) bezgwiezdnych nocach, możliwość zobaczenia rozgwieżdżonego nieba była czymś naprawdę niesamowitym. 



W browarze na uczestników meeta czekała moc piw regionalnych. Każdy wybrał trunek jaki mu pasował i usiedliśmy przy wspólnym stole by rozegrać partyjkę (bądź pięć) w Uno.


O tak. Partia pełna pokręconych zwrotów akcji sama w sobie zasługiwała na adaptację w formie dramatu katastroficzno-psychologicznego.


Na (nie)szczęście gra nie zniszczyła żadnej przyjaźni i około 18:30 złapaliśmy autobus powrotny do Sącza.

Nadszedł czas na kolację – tym razem w Maku w Trzech Koronach. I tutaj właśnie do akcji wchodzi Trzynastka, cała wyjątkowo pechowa – wszystkie kioski do zamawiania były albo zajęte, albo popsute – a gdy już znaleźliśmy działający, to po złożeniu zamówienia wyrzucił blue screena.




Reszta wieczoru i cała noc upłynęły na poszukiwaniach kucykowego lootu w różnych podejrzanych miejscach, kolejnym rozpoczęciu (otwarciu?) meeta, a następnie wspólnym oglądaniu fandomowej (i nie tylko) klasyki. Wszystko przeplatane długimi i żywiołowymi debatami o serialu, komiksach (w tym nadchodzącym 10 sezonie), mrocznym widmie nadchodzącego Pony Life oraz grach. A ponieważ jedynie mówić o grach to trochę wstyd, to obowiązkowe granie w grę również było.



I tu dochodzimy do momentu niezbyt dla mnie przyjemnego – będąc z naszymi oczekiwanymi gośćmi w ciągłym kontakcie, dostaliśmy informację że niestety nie dadzą rady przyjechać :(. Zasmuciło mnie to, nie powiem że trochę,a wręcz BARDZO :(. Jako organizator chciałem, żeby wszystko poszło sprawnie, ale niestety – na tę sytuację nie miałem wpływu. Cóż, pozostało spędzić resztę tego wieczoru na rozmowach, by wreszcie koło trzeciej rano większość udała się na spoczynek.

Drugi dzień miał zacząć się wcześnie – w teorii. Ale jak zwykle, teoria pozostała tylko teorią. Po wczorajszym dniu jakoś średnio mogliśmy zebrać się z łóżek, materacy, dakimakur czy czegokolwiek na czym kto spał. Koło godziny 9:00 jednak wszyscy byli na nogach, snując się leniwie tu i tam, myśląc o śniadaniu. 



Najpierw jednak dwuosobowa delegacja eskortowa w postaci Betonowego Jeża i mnie po obowiązkowym błądzeniu dotarła na dworzec. Cel: odebrać Obsede, kolejnego członka naszej drużyny. Okazało się jednak, że dotarł na miejsce przed czasem i bynajmniej nie próżnował - prawie od razu zagubił się gdzieś w ponurych sądeckich zaułkach między dworcem a sklepem, oddaloną od niego o jakieś 30 metrów. Przezornie zostało jednak ustalone, jak ma rozpoznać z daleka eskortę: wystarczyło wypatrywać kogoś, kto przy 0 st. Celsjusza przechadza się w samym t-shircie. Proste? Proste, a w dodatku skuteczne.


Fandom My Little Pony jest bardzo kreatywny a jego członkowie nie ograniczają się tylko do biernej konsumpcji materiałów stworzonych przez autorów serialu czy innych fanów, ale też samodzielnie tworzą muzykę, prowadzą sesje RPG czy piszą fanfiki. Postanowiliśmy zatem udać się na miasto. Głównym punktem sobotniej wycieczki był tzw. Zamek Luny.


Dzień ogółem upłynął, z tego co mi się wydaje, dość leniwie, mimo że parę przygód po drodze było, ale ja naprawdę z tego dnia mało pamiętam – być może przez stres i posypanie się planów. Pochodziliśmy po mieście, zjedliśmy w dwóch dobrych miejscach, odwiedziliśmy Lunarny zamek...


Koledzy uraczyli mnie legendą o tym, jak w zeszłym roku, podczas poprzedniego meeta, weszli na ruiny zamku i wywiesili na murach flagę Republiki Lunarnej. Nic zatem dziwnego, że przyjechała policja i musieli oni szybko opuścić, zdobyte z takim trudem pozycje.







Pech po prostu ^_^ Z totalnie niezawinionych przez nas przyczyn mieli nas na oku od czasu ostatniego meeta. Winne były jednak uprzedzenia, pozory i dość pechowy zbieg okoliczności.

Tak, pomysł na nocny spacer z flagą po mieście, w którym (jak się okazało) właśnie skończył się mecz… i w którym podobnych zakapturzonych ekip z flagami grasowało tamtej nocy więcej, był... w zasadzie całkiem niezły? Ale mina policjanta, gdy usiłował skojarzyć naszą Lunarną flagę i pozostałe fanty z jakąś piłkarską drużyną była po prostu bezcenna.

Tym razem zresztą nikomu nie stała się poważniejsza krzywda, parkour to w końcu raczej bezpieczny sposób na pozbycie się uzębienia. Od Drużyny odpadła niestety Octavia, jednakże gubienie przypinek to już niemal święta tradycja. W końcu nie po to czuwa nad nami przynoszący pecha kucykowy duch, żeby niczego po drodze nie posiać. 



Z okolic samego zamku rozciąga się piękny widok na przewieszony przez rzekę most, który mienił się złotem w promieniach zachodzącego słońca. Te zimowe, urbanistyczne pejzaże także mają swój urok.

Był to główny punkt w naszym zwiedzaniu Nowego Sącza. Po tym jak zakończyliśmy „zwiedzanie” Zamku Luny, udaliśmy się po Sophiosa, którego podróż przeciągnęła się o kilka godzin i wiązała się z dobrowolną przesiadką z pociągu na autobus. Nie był to ostatni raz kiedy komunikacja publiczna opóźniła realizację naszych planów. Przyjazd Sophiosa był o tyle istotny, że bez niego nie mogliśmy przystąpić do wręczania prezentów solenizantowi.


W istocie, kilkakrotnie przekładaliśmy oczekiwanie na kolejnego członka Drużyny, Sophiosa, który spóźnił się, przez nasze kochane koleje, około pięciu godzin.


Tak, z pomocą oczywiście pospieszyło (średni dobór słów o_O) niezawodne PKP. Sophios nie tylko trafił na pociąg z losową numeracją wagonów, ale w dodatku uciął sobie drzemkę akurat w chwili, gdy jego wagon został odłączony. By wagon nie czuł się osamotniony, dołączono go do innego składu, który zaraz potem ruszył raźno w drogę - tyle, że w przeciwnym kierunku! Powrót na właściwe tory i późniejszą trasę do Nowego Sącza przemilczmy z uwagi na drastyczne treści - ale wg obliczeń, w porównywalnym czasie dałoby się dostać na miejsce jadąc rowerem bez kół.





Zbiegło się to w czasie idealnie z odjazdem jednego z naszych, Kideła, który niestety następnego dnia miał pracę. Dobrze, że w Sączu funkcjonuje coś takiego jak Uber, bo moglibyśmy nie zdążyć… Ale cała ta historia to element na osobną opowieść o Trzynastce. 

Następnie nadszedł czas na najprzyjemniejszą część wieczoru – toast, życzenia, prezenty i ogółem świętowanie.

O tak! Masowa degustacja ciastek i komisyjny opening figurek Cutie Mark Crew! Nie dwoi się Wam w oczach, Trzynastka jest z nami po to, żeby właśnie nam trafiły się dwie pary powtórek za jednym zamachem.



Prócz tego wpadło na chwilę moich dwóch kumpli spoza fandomu, żeby mi złożyć życzenia – i powiem szczerze, to moje pierwsze tak udane urodziny. Dawno nie czułem się tak dobrze w towarzystwie ludzi, których poznałem nie aż tak dawno temu. Fandom to bardzo indywidualne i ciekawe doświadczenie – polecam. 



Altius pokazał nam swoją kolekcję figurek My Little Pony, oraz co nie bez znaczenia, kucyków Filly. Kucyki Filly to seria zabawek bazująca na sukcesie MLP ale nie będąc pozbawioną oryginalności zwykłą podróbką. Nawet udało mi się namówić Altiusa by mi zgrał serial na pendrive’a, co ten chętnie uczynił. Faktycznie, serial jest całkiem przyjemny.

Z racji tego, że pierwotny plan meeta nie mógł być zrealizowany, czas wypełniliśmy przeglądaniem YouTube. Zaprawdę piszę wam, szanowni czytelnicy, że ilość parodii i przeróbek jest niezliczona. Dotyczy to także tych, które bazują na serialu „My Little Pony: Friendship is Magic”. Absolutnym hitem tego wieczoru okazała się parodia bazująca na spin-offie „Equestria Girls”. Filmik, noszący tytuł „Equestria [yay]” przyprawił mnie o tak liczne napady niekontrolowanego śmiechu, że pozostali meetowicze niejednokrotnie wyrażali obawy o stan mojego zdrowia. Przynajmniej raz śmiałem się tak bardzo, że miałem trudności ze złapaniem oddechu. O dziwo, sama parodia okazała się być bardziej przystępna niż przesłodzony oryginał. 

Następnie oddaliśmy się oglądaniu przeróbek serialu „Miraculum: Biedronka i Czarny Kot”, ale lepiej tego wieczora zapamiętałem sesję „Ori And the Blind Forest”, niezwykle wymagającej gry wideo o niesamowicie wzruszającej fabule, zaprezentowanej nam przez solenizanta. 

Przed samym snem zaczęliśmy grać w „Czarne Historie”, czyli grę logiczną w której gracze próbują dociec przyczyn tragicznych wydarzeń. Niestety, byłem tak zmęczony po całodziennej przechadzce po Nowym Sączu, że szybko usnąłem. 

(pamiętam. I się zemszczę, spoko)

A raczej bym szybko usnął gdyby z materaca, który dzieliliśmy z Sophiosem nie uchodziło nieustannie powietrze. Przypuszczam, że przynajmniej raz zbudziłem się by napompować wydający ostatnie tchnienie (i to wcale nie była przenośnia) materac, czując w międzyczasie jak moje żebra znalazły się na jednym poziomie z podłogą. Musiałem się wyspać, bo na następny dzień mieliśmy ambitne plany. 









Dzień trzeci… Cóż, zleciał jak dzień drugi, z tą różnicą, że tym razem było śniadanie! (z KFC, bo z KFC, ale śniadanie!). Było dużo rozmowy, filozofii, fandomowej i nie tylko klasyki, robienia memów, próby spisania relacji dla Merego na FGE do Niedzielnych, następnie obiad, komisyjne obstawienie totolotka (spoiler: ani jedna liczba nie była trafiona), pakowanie gratów i powrót całej ekipy do Krakowa. Nie powiem – cały dzień miałem gdzieś w głowie trochę smutne myśli, że to już koniec, że nie do końca wypaliło, no ale – wszystko co dobre, szybko się kończy. Spędziliśmy naprawdę sporo czasu razem na rozmowie i innych aktywnościach, które mam nadzieję przypadły wszystkim do gustu.


Altius pragnął nas zabrać w unikalne miejsce, tj. punktu widokowego na Woli Kroguleckiej w okolicach Starego Sącza. Niestety, nigdy nie było mi dane poznać tego miasta od tej ładniejszej strony, położonej zresztę poza jego obrębem. 


W każdym razie, może lepiej, że się tam nie wybraliśmy. Znając nasze szczęście, następny Alpha odbyłby się w jeszcze bardziej kameralnym gronie.


Wyszliśmy przed siódmą wieczorem z domu. Udaliśmy się na przystanek, ale ponieważ, jak wspomniałem wcześniej, autobus nie przyjechał, to musieliśmy iść na Miejski Dworzec Autobusowy. I wtedy poznałem co to jest prawdziwa siła przyjaźni! A wspominałem już, że nasza koleżanka – Porcelanowy Okular – nie przyjechała? Cóż, wziąłem dla niej moje mangi, ok. dziesięciu tomików. A torba, choć pozornie jest mniejsza niż plecak jest też niewątpliwie mniej poręczna w noszeniu. I nie mogłem uwierzyć, kiedy moi koledzy z fandomu zaczęli mi tę torbę nieomalże wyrywać abym się już nie męczył z noszeniem jej na jednym ramieniu! Nawet nie chcieli z niej wyjąć zawartości, ani mi ulżyć poprzez dobicie mnie (Uwaga! Sarkazm!). (Jeśli to przeczytałeś, wpisz “Luna je owies” w komentarzu! Spośród wszystkich komentarzy wylosujemy szczęśliwca, który wygra banana od Celestii) Tak, zupełnie się tego nie spodziewałem. Cóż, przyjaźń to magia. Jest silniejsza niż najsilniejszy dopalacz 

(NIE TESTOWANO NA KUCYKACH).

Do Krakowa powróciliśmy po dziesiątej wieczorem. Sądecki Ponymeet Alpha 0.5 okazał się sukcesem towarzyskim i pokazał, że gadanie o śmierci fandomu to przykład myślenia życzeniowego. Oczywiście mam na myśli tych, którzy życzą sobie śmierci fandomu MLP. 

Prawda jest taka, że jest w naszym środowisku wielu twórczych ludzi (na przykład autor tego tekstu czy sam Altius), których łączy wspólna pasja czyli małe, kolorowe koniki, zwane kucykami. A człowiek twórczy nigdy nie będzie się nudził.

Z kolei grupa twórczych ludzi…cóż, oni mogą nawet powiedzieć:„Nie może umrzeć fandom, ożywiany swoimi pasjami, nawet nuda może umrzeć wraz z dziwnymi eonami”.


Kto wie, do czego to nawiązanie, niech udaje, że nie wie. Nieładnie się chwalić.




Meet jak to meet, to historia, a więc i można wyciągnąć z niej lekcję… Albo kilka. Przede wszystkim, jako organizator – zawsze miej w zanadrzu plan B, a nawet C i D. Wydaje mi się, że byliśmy przygotowani – mieliśmy Uno, Czarne Historie, 5 Sekund, inne gry, a także laptopa z Them’s Fighting Herds i innymi grami, więc mogliśmy się bawić nawet jeśli plan nie wypali, a częściowo tak się stało. Zasada druga – nie ufaj za bardzo rozkładom jazdy i środkom komunikacji miejskiej. A może i nawet trzy – nastaw się na to, że cokolwiek się stanie, i tak będziecie dobrze się bawić. Bo i tutaj tak było.

I dlatego, każdą porażkę obrócimy w sukces!

No cóż, pierwszy krok w kierunku odbudowania sądeckiego fandomu postawiony… czas zrobić kolejne.


2 komentarze:

Tylko pamiętajcie drogie kuce... Miłość, tolerancja i żadnych wojen!