mnie nie widać! yay!

poniedziałek, 4 listopada 2019

(ARTYKUŁ GOŚCINNY) 1001 uproszczeń, czyli najgorszy finał ever

UWAGA! PONIŻSZY ARTYKUŁ ZAWIERA WSZYSTKIE MOŻLIWE SPOILERY, W TYM ŚMIERĆ FANDOMU


Całość zostanie podzielona na następujące części:

Omówienie ogólnych koncepcji fabularnych finału i zmierzającego do niego IX sezonu;

Wyszczególnienie wielu potknięć obu odcinków;

Ogólna refleksję na temat epilogu.

Słowem wstępu chciałem dodać kilka słów wyjaśnień. Moja bardzo surowa ocena ostatnich odcinków wynika z wysokich oczekiwań. Jestem bronym od sześciu lat i zarówno fandom, jak i przede wszystkim kucyki, są dla mnie chyba najważniejszą przygodą życia. 

Wiem, że to śmierdzi typowym brodatym nerdem, którzy narzeka, że „Gwiezdne Wojny skończyły się na kill’em’all”. Zawsze bardzo broniłem się przed podążaniem taką prowadnicą myślową. Dlatego starałem się dostrzegać piękno też tam, gdzie powszechnie spotykałem cudze rozczarowanie (III sezon, odejście od pro dziecięcej fabuły w V sezonie, wprowadzenie Young Six). Mój ulubiony sezon ma numer V (czyli kiedy serial już dawno upadł, bo Twilicorn), autentycznie uwielbiam shipping Yony i Sandbara, a i dojrzałem do zaakceptowana potęgi Starlight Glimmer. Unikałem też szufladkowania treści na „dobre, bo pochodzące od Lauren Faust”, a także na „inne, czyli do niczego”. Ponadto jestem amatorem polskiego dubbingu.

Mimo to tym razem dołączam do #teamrozczarowani, w którego szeregach znajdę mnóstwo starych broniaczy, w tym takich nie będących na bieżąco z serialem (by nie było, wdziałem wszystkie odcinki, większość po nawet kilka razy). Jednak jeśli ktoś nie podchodził z takim namaszczeniem do serialu, nie wymawiał imienia ulubionej postaci pochylając głowę z szacunkiem i mógł zasypiać bez problemu po obejrzeniu dobrego odcinka… to w sumie zapewne oceniłby wszystko wyżej. Nie przejmowałby się tak rewią antylogicznej parady bzdurnych motywów i zniszczenia postaci. To tak, jak z nowymi Gwiezdnymi Wojnami (i tymi środkowymi). Nowym fanom często bardzo się podobały, gdyż nie mieli aż tak gargantuicznych sentymentów.

Ja mam.

To mój osobisty problem i dlatego szanuję każdego, komu te odcinki się podobały. Nawet jestem z tego rad, że pomimo moich wątpliwości, te odcinki dają się lubić i nawet kochać. Mamy wspólny interes, którym jest miłość to tego serialu. Zatem pomimo mojego późniejszego narzekania, nie mam nic do akceptacji tego co pokazano w epizodach od 24 do 26. Jak powiedział Andelai „finał trzeba mocno pogryźć, a smakuje lepiej”. Lub jakoś tak.

Okej, teraz przejdźmy do rzeczy.



CZĘŚĆ PIERWSZA – Finał, który jakby już kiedyś widzieliśmy

Po raz pierwszy zostaliśmy ostrzeżeni o nadchodzących wydarzeniach, kiedy ukazały się oba trailery. Twilight została namaszczona na monarchinię całej Equestrii, a księżniczki zapowiedziały emeryturę. Byłem bardzo smutny z tego powodu, jak zapewne wielu z Was. Nadchodził koniec i to taki dość dosłowny. Poszczególne postacie miały osiągnąć zenit swoich możliwości, ułożyć sobie życie, inne wręcz odejść.

Cały IX sezon zmierzał konsekwentnie do tego. Stare wątki zeszły na dalszy plan lub były zamykane, a coraz bardziej twajlatująca Twilight przymierzała koronę… i zaczęto nam wmawiać, że serial od początku do tego dążył i oto mamy patetyczne uwieńczenie 9 lat starań.

Otóż nie.

Po zastanowieniu się, nie dostrzegam w żadnym z odcinków sezonów I-VIII sugestii, że Twilight ma rządzić Equestrią na miejscu starych alicornów, a one gdzieś sobie pójdą. Celestia zauważając potencjał Twilight chciała uczynić z niej potężną czarodziejkę (checked), pionierkę w badaniu i rozwoju nowej magii przyjaźni (checked) oraz stworzyć drużynę heroin do obrony Equestrii (checked). Zarówno początek serialu, jak i odcinki Celestia’s Advice/Rada Celestii nie zawierały ani słowa o tym, że Twilight ma literalnie zastąpić Celcię. Owszem, była taka okazja przy początku IV sezonu, lecz to był wypadek. A na koniec tego sezonu również przejęcie magii było fortelem przeciwko Discordowi i Tirekowi.

Naturalnym rozwojem postaci i koncepcji rosnącego potencjału/znaczenia magii przyjaźni było założenie szkoły. Poważna, majestatyczna instytucja mająca na serio zajmować się badaniem i wykorzystaniem tej siły w praktyce to fantastyczny pomysł. Zresztą, Twilight zawsze spełniała się jako nauczycielka. Kiedyś powiedziałem, że byłaby świetnym oficerem, ale fatalnym politykiem. Wzorowo dba o swoich podwładnych, dobrze dowodzi, a własną wiedzą i mądrością potrafi zaradzić większości problemom. Posiada też determinację, aby wykorzystywać innych do wspólnego celu. Polityka natomiast wiąże się z o wiele bardziej złożonym procesem wybierania mniejszego zła, a także koniecznością dokonywania rzeczy nieetycznych, aby utrzymać się u tej władzy. Oficer swój posłuch zawdzięcza systemowi i hierarchii wojskowej, a bezpośrednio własnemu podejściu i kompetencjom. Polityk potrzebuje stricto poparcia elektoratu i konkretnych osób lub instytucji posiadających wpływy. W te łaski trzeba zwyczajnie się wkupić. Nie wyobrażam sobie Twilight z zimną krwią przepychającą niemoralne ustawy, które są potrzebne do zachowania poparcia jej komitetu politycznego.

Nawet w cukierkowej Equestrii Celestia musiała godzić ze sobą różne stronnictwa i dobrze wiedzieliśmy, że w rzeczywistości zrobiłaby się z tego niezła Gra o Tron, gdyby nie zasłona dymna serialu dla dzieci.

Dalej.

Zwróćcie uwagę, że w IX sezonie wypadła z obiegu mapa, a morały odcinków nierzadko miały się nijak do treści. Przykładowo, w Common Ground/Wspólny Grunt serial uczy nas, że należy wsadzać przyjaciół w kłopotliwe sytuacje, niezależnie od ich woli i kompetencji. W The Last Crusade/Ostatnia Misja wola dziecka i opieka nad nim mają się nijak do osobistych ambicji, a w Sparkle’s Seven/Siódemka Sparkle mamy piękny przykład pochwały dzielenia dzieci za pomocą ich oceniania i intensyfikacji rywalizacji za wszelką cenę. W tym także poprzez angażowanie osób trzecich i zabawę ich uczuciami (Zephyr Breeze). 

Do tego dochodzi usilne kończenie wątków, takich jak walka Daring Do z jej oponentami czy rodzice Scootaloo. Tego oczywiście należało się spodziewać, ale z reguły mamy podane najprostsze rozwiązania, które ignorują wieloletni kontekst i nie przejawiają szacunku do klimatu tych wątków. Chyba najbardziej bodzącym przykładem jest historia rodziny Scootaloo. Przez osiem lat dziewczynka pełniła rolę świetnego przykładu filmowej sieroty. Zarówno fabularna strona tego problemu, jak i nawet jej zaburzenia psychiczne dobrze współpracowały i nawet wprowadzenie ciotek-opiekunek, nie zaburzało równowagi. Jednak nagłe pojawienie się rodziców, którzy byli absolutnie nieobecni nawet na zdjęciach… to po prostu bzdura, która dodatkowo nie miała swojego balastu. Pojawiają się, Scootaloo jest szczęśliwa i nawet przez chwilę nie dała po sobie poznać, że ich jej brakowało tak życiowo. Po prostu jakby dostała z dawna oczekiwany prezent urodzinowy, którego mimo wszystko nie potrzebowała na co dzień. Żadnego napięcia. Czy ona nie powinna choć trochę być rozgoryczona, że nie było ich przy niej kiedy dostawała znaczek, obchodziła kolejne święta, unikała niebezpieczeństw i podróżowała z CMC? Nie, po prostu przyszli, ona się ucieszyła, a potem wszyscy się wzajemnie porzucili.

Zabili typa.

Odcinki IX sezonu były czysto memiczne i śmieszne, charakteryzowały się dopracowaną mimiką twarzy postaci oraz ślicznymi postaciami tła. Jednak fabularnie były płytkie, pozbawione logiki i konsekwencji w stosunku do starszych sezonów. Wiem, że to wynika ze zmiany ekipy scenarzystów, ale to nie zmienia faktu, że IX sezon bardzo różni się od reszty. Zdecydowanie brakowało mi tych grubych podtekstów dla dorosłych. Drugiego dna, które było czytelne dla starszych widzów. Komunizm w wiosce Starlight, rozwód w Seaquestrii, „śmierć” Tanka, społeczeństwo klasowe średniowiecza, śmiercionośna zaraza w przeszłości Meadow Brook, depresja Luny… wiecie, to są te rzeczy, które rodziły miliony pytań i teorii spiskowych. Natomiast w IX sezonie był prawdopodobnie jeden rozwód (Clear Sky i być może Wind Rider) oraz dwa wątki homoseksualne, z czego jeden jawny, a drugi jedynie wspomniany za kulisami. Bardzo to doceniam, ale nadal sądzę, że trochę mało. Zgadzam się ze stwierdzeniem, że zenit fabularny serialu nastąpił w V sezonie, gdzie postacie wykazywały się najbogatszą psychiką.

Im dalej w las, tym bardziej epickość była rozumiana jako jak największe wybuchy i jak najjaśniejsze „tęczowe lasery”, o których przecież ironizowała Twilight w samym finale. Zupełnie ma się to nijak to absolutnie epickich, a zupełnie innych przygód Filarów Equestrii. Tam pojedynek wielkich magów to było stworzenie iluzorycznych smoków. Walka z potworem to pokaz pegazich akrobacji, a paktowanie z diabłem (sfinksem) wiązało się z naprawdę sporą determinacją. Tutaj, niczym w finale IV sezonu, wystarczy ponaparzać się z jak największych rogów… to jest dział, a potem wygłosić typowo hollywoodzką-patetyczną przemowę i zbawić świat. Moi zdaniem nie ma w tym w ogóle głębi. Zero, null. Jednak tak jest najprościej.

Tutaj wspomnę od razu o czymś, co stało się kręgosłupem wszystkich trzech odcinków finałowych. Prostota. Twórcy poszli z reguły po najmniejszej linii oporu, sięgnęli po podstawowe domysły fandomowe i uczynili z nich finał i bez mała sezon. Twilight jako alicorn będzie miała sylwetkę Celestii, a jej przyjaciółki zestarzeją się na jej oczach? Ok, idealnie tak, jak powiedział internet. Złoczyńcy będą mieli w sobie dużo punktów magiochlorianów, przez co lasery i tarcze będą nieskuteczne, a Twilight zwątpi? No jasne, ale wtedy, zostanie machnięta coachowska przemowa i magia sama się wydarzy!

Nie ma w tym żadnych remisów, odcieni szarości zwycięstwa, brzemienia poniesionych strat i nostalgii za tym, co było. To serial dla dzieci, a dzieci nie zasługują na wielowątkowe historie, w których napięcie buduje się prawdziwym ryzykiem i dwuznacznością sytuacji. Wszystko musi udać się absolutnie perfekcyjnie.

Gdzie było miejsce na prawdziwą mądrość Twilight? Nie chodzi mi o akceptację przez nią oczywistych rzeczy, czyli że jest otoczona przyjaciółkami i ochrania ją plot armor. Mądrość jest najbardziej imponująca, kiedy pozwala dokonać pozornie złego wyboru, który ostatecznie okazuje się właściwy, szlachetny i skuteczny jak przeciągnięcie Starlight Glimmer na stronę dobra. To zbawiło nie tylko samą Starlight, ale dało Equestrii potężnego sojusznika. Jak bardzo byłoby pusto, gdyż ją po prostu zmieniono w kamień (mówi o tym finał VII sezonu).

Tym razem detale fabularne, jak wytłumaczenie, czemu Starlight od razu nie wydostała się magicznie z więzienia, musiały zostać literalnie wyjaśnione w dialogach. Nie zostały jasno i treściwie pokazane i nie wynikały też z kontekstu. W przytoczonym przykładzie chodzi o to, że w sąsiedztwie klatek były resztki tronu Chrysalis, które dezaktywowały wszelką magię. Ponoć do tego stopnia, że nawet szwarccharaktery musiały się z tym liczyć. Nie za bardzo dawali po tym sobie poznać, bez trudu strzelając laserami, a Starlight potem jednym zaklęciem uwolniła wszystkich.

Chyba każdy pisarz wie, że czasami się zapomni wyjaśnić coś w fabule lub zwyczajnie nie wie, jak opisać bardziej skomplikowane zagadnienie. Jak przekonać czytelnika do naszej wizji, która może wydać się komuś miałka i naiwna, ale my albo bardzo jej pragniemy, albo już zwyczajne nie mamy czasu czy ochoty na rozbudowę. Wtedy najprostszym rozwiązaniem jest wsadzić w usta którejś z postaci wyjaśnienie, które wszyscy muszą zaakceptować, niezależnie od logiki:

-Harry Potterze, za pomocą magii nie możesz stworzyć jedzenia. Możesz kreować prawie dowolną materię, możesz cofać się w czasie, możesz zabijać i dowolnie ingerować w strukturę myśli czy pamięci. Ale kanapka jest poza możliwościami nawet Voldemorta!


Zamiana w kamień pełni rolę kucykowej, ocenzurowanej kary śmieci oraz zamiatania problemu pod dywan. Sam koncept jest ciekawy i zgodny z rzeczywistości. Jak już naprawdę nie wiadomo co zrobić z problemem, to zamiast go naprawić, można go unicestwić i potem zbierać konsekwencje jego braku. Różnica w tym, że petryfikacja to łagodna przyjazna dzieciom koncepcja, więc przemienione postacie mogą wrócić do świata żywych (nic nie jest ostateczne, a nasze wybory nie niosą za sobą konsekwencji. Hurra!) i stać się dobre, jak Discord.

Problem w tym, że jak słusznie oburzył się fandom, ukaranie Tireka i Chrysalis ma pewne uzasadnienie, a Cozy Glow niekoniecznie. 

Centaur i podmieniec to postacie dorosłe i długowieczne, które miały wiele okazji, aby dostrzec zalety życia w harmonii z innymi i zaprzyjaźnić się. Nawet biorąc pod uwagę ich biologiczne trudności, gdyż to pasożyty zerujące na innych. Jak widać po wielu przykładach, w Equestrii nawet drapieżniki nie muszą być drapieżne (spytajcie Fluttershy, jak to działa, nie mnie). To oni jako pierwsi potratowali kucyki jako swoich wrogów lub ofiary, więc koniki posiadały wszelkie prawo bronić się na wszystkie sposoby, tak jak przeciwko Sombrze. Moralnie i praktycznie Equestria mogła ich nawet ukatrupić, jakby już naprawdę nie było innej drogi do ochrony własnej egzystencji. Jednak skoro już wspomniano, że Tirek ma kompleksy wobec swojego ojca (dziwne, że wyciągnęli to z komiksu), a instynkt macierzyński Chrysalis zmusił ją do opiekowania się patykami (to było naprawdę mocne!)… to czemu nie pójść o krok dalej, aby dodać tej sytuacji trochę głębi?

Ale ok, załóżmy, że nie da się. Tak jak zsynchronizować ze sobą zegarów PKP i dowolnej komunikacji miejskiej. Nie da się, a Tirek i Chrysalis musieli zostać wyeliminowani ze społeczeństwa, gdyż byli zbyt potężni i stanowili za duże zagrożenie.

Ale Cozy Glow?

Z tą postacią jest problem taki sam, jak z Sombrą i Flurry Heart. Serial z Sombry uczynił istotną postać epizodyczną, która stała się inicjatorem ogromnej zmiany wizerunkowej (pojawienie się prawdziwego zła, czarnej magii, nowej lokacji brzemiennej w rolę fabularną). Mimo to nic tak naprawdę o nim nie wiemy. Skąd się wziął, gdzie uzyskał tak specyficzną magię i wygląd. Dlaczego stał się niegodziwcem? Przy Flurry Heart próbowano nam wmówić, że jest ważna, a tak naprawdę nie odegrała prawie żadnej roli. Cozy Glow jednak naprawdę była kluczem do sensu całego sezonu!


I cała trójka pojawia się w serialu bez porządnego wyczerpującego kontekstu (backstory). Flurry Heart narodziła się teoretycznie wbrew kucykowej wiedzy o alicornach i nie uzyskaliśmy wyjaśnienia, co to oznacza (porównajcie to sobie z obszernością backstory Somnambuli). Czy to zesłany prze bogów mesjasz, wybraniec? Czy też alicorny normalnie się rozmnażają i może być ich więcej? 

W przypadku Cozy Glow to boli szczególnie mocno. Jak do tego doszło, że dziecko stało się tak złe, ale i równie przebiegłe? Jak dotarła jej korespondencja do Tireka? Czy ona na pewno jest źrebakiem, a nie zaklętym dorosłym lub jakimś potworem (jakby sądzili fani Batmana powołując się na jej podobieństwo do Baby Doll)?

Jeśli jest dorosła i działała z pełną premedytacją, wtedy kara mniej szokuje. Jednak skazanie dziecka, zamiast mu pomóc, to przecież w naszej moralności zbrodnia. Nawet, jeśli to dziecko odmawia pomocy, to odpowiedzialna osoba dorosła wie, że powinna starać się do niego dotrzeć i mimo wszystko ratować młodą duszę. Zamiast tego Cozy została skazana najpierw na jedno więzienie, a potem na drugie. Wydaje mi się, że twórcom tak spodobał się motyw zemsty poprzez zmuszenie antagonistów do spędzania ze sobą czasu, że przysłoniło im to etyczną stronę. Kiedyś broniłem uwięzienia Cozy, mając nadzieję, że okaże się, że to dorosły kucyk. Teraz nie mam już nic do powiedzenia, szczególnie po zobaczeniu tej serii obrazków, które ukazują, jak tak naprawdę dziewczynka powinna zostać potraktowana:



Kiedy ją poznaliśmy, to posługiwała się typowo dziecięcą logiką i nie przejawiała negatywnych cech prawdziwego zwyrola. Co się stało potem?

Poza tym to kucyk, więc inne kucyki mogłyby domniemywać, że nie istotą z gruntu złą lub na tyle drapieżną, że nie uda się jej resocjalizować. A jednak potraktowano ją jak obcy gatunek, którego nie ma sensu rozumieć, ponieważ to i tak niemożliwe.

Powstał nawet specjalny tag na derpibooru, o lepszym losie Cozy Glow.


Niedawno ktoś mi całkiem słusznie zwrócił uwagę, że cała trójka złoczyńców sama przekonała się o urokach i benefitach płynących z przyjaźni. Był o tym chociażby odcinek Frenemies/Wrogoprzyjaciele. Mogliśmy się spodziewać, że dzięki temu, oraz po nauce Cozy Glow w szkole przyjaźni, mogliby przewartościować swój światopogląd. To oczywiste, że dla uatrakcyjnienia fabuły można zróżnicować stosunek grupy wrogów do tej koncepcji i uznać, że każda postać zachowa się i zakończy swój watek inaczej. Jednak do tego nie doszło w finale wszyscy są zdeterminowani być źli, do samego końca.

Przejdźmy dalej.

Ktoś może powiedzieć, że nigdzie w serialu nie było powiedziane, że alicorny nie są nieśmiertelne, że Scootaloo jest sierotą, Pinkie Pie nie kocha się w Cheese Sandwichu. Faktycznie. Tutaj dał o sobie znać spryt scenarzystów. Wyszli z założenia, że jak coś nie zostało bardzo jednoznacznie zakazane, to jest dozwolone, niezależnie od całego kontekstu. Dlatego dyskusja na temat logiki finału i całego sezonu pozostanie zawsze narzekaniem nerdów brodatych, ponieważ nikt nigdzie nie złamał prawa i nie obniżył ratingu Polski. 

Problem pojawia się wtedy, jak uznamy, że od disco polo można pisać głębsze teksty, a od fast foodów robić zdrowsze jedzenie.

Nastąpiła też potężna inflacja elitarności magii i jej możliwości. W ciągu serialu jednorożce posługiwały się bardzo ograniczonym arsenałem zaklęć, a wielokrotnie Twilight czy Starlight mówiły lub dawały znać, że magia jest poważnym biznesem i jakiekolwiek zaawansowane sztuki nie bez powodu są zaawansowane. Potrzeba wielkich artefaktów, lat nauki, wyjątkowego talentu lub błogosławieństwa wyższych istot, aby móc dokonać czegoś więcej od prostej telekinezy lub zapalenia rogu na koncercie Coloratury. Zaledwie pojedyncze jednorożce potrafiły cokolwiek konkretnego i z reguły było to wyjaśnione. W Boast Busters/Chwalipięta Twilight przyznała wprost, że jej talentem jest magia sama w sobie, Moondancer musiała ciężko zasuwać na uniwerku, a Starswirl Brodaty lękał się o wpływ potężnej moc na pośledniejsze istoty. Wykazanie przez Starlight w finale V sezonu ogromnych zdolności było już mocno dyskusyjne, co jeszcze zaogniło problem w VI sezonie po towarzyskiej rywalizacji z Twilight. Wciąż jednak dało się dostrzec, że ta magia jest pewnym cudem natury, z którym trzeba umieć się obchodzić. To coś więcej niż wielkie mięśnie lub po prostu bardzo-dużo-kasy-naraz.

Teraz im więcej magii, to tym bardziej, w sensie dosłownym, większy laser i większe ciało. Rosnąca od Magii Chaosu Cozy Glow lub Pinkie Pie były nie tylko kiepskim wykorzystaniem Pony Generatora, ale również przykładem banalności obsługi magii. Może i nie dawała dosłownie takich efektów, jak żądano, ale sam fakt, że nie zrobiła z mózgu budyniu już jest zastanawiający. Równocześnie to pewne potwierdzenie mojej tezy, że magia prowadzi do ciemnej strony mocy, ale to materiał na inną prelekcję.

Jednak generalnie teleportacja i lewitacja coraz bardziej zastępowały naturalne chodzenie, co miało zapewne na celu przyspieszenie fabuły.


Cozy Glow używa magii oryginalnego Grogara bez żadnych problemów. Nie tylko jej potencjał przewyższa wszystkich protagonistów razem wziętych, lecz praktyka również. To po co ta cała szkoła dla uzdolnionych jednokogośtam? Wystarczą magiczne narkotyki i jesteś zwycięzcą! Kim jesteś?

Pinkie Pie też od razu wiedziała, jak zrobić tę wielką babeczkę. Jak, gdzie i kiedy!

Po Mistmane, Celestii czy Twilight spodziewałem się czegoś więcej, niż prostego naparzania z ich czołowych dział. Może jakaś iluzja, chowańce, zakrzywienie czasu, zaklęcia wieku, transmutacja… przecież dowolne RPG podsyła milion fajnych przykładów. Nawet Magic Duel/Pojedynek na Czary był bogatszy.

Z kolei takie rzeczy jak teleportacja okazują się banałem nawet dla Sweetie Belle, która dopiero co „dorosła”. Jej ciało się powiększyło, ale psychika nie legła zmianie. Czyli ta magia to tylko mięso?

Podsumowując: mamy tutaj reedycję finału IV sezonu, tak jak nowe Gwiezdne Wojny to tak naprawdę stara trylogia z większą Gwiazdą Śmierci. Tutaj też widzimy to samo, ale więcej: więcej bohaterów, większe zniszczenia (drzewo kontra zamek), więcej przemów motywacyjnych.

Zabawne, że w ten sam weekend kiedy obejrzałem pierwszy raz finał (koniec sierpnia), skończyłem też Fallouta Equestrię. Kontrast okazała się uderzający i bolesny. FoE jako dzieło fandomowe i niekomercyjne, które powstawało z miłości, miał bardzo ciekawe zakończenie. Kontrowersyjne i budzące dyskusje, a także kwestionowalne pod kilkoma względami. Ale na pewno niejednoznaczne i nie do końca przewidywalne.


CZĘŚĆ DRUGA - Analiza porażki punkt po punkcie

- Antagoniści prowadzą swoją mało dyskretną dywersję. Nikt nic nie wie, ani tym bardziej nie zostało to pokazane pomiędzy odcinkami The Summer Sun Setback/Ostatnie Takie Święto, a finałem. Doskonale wiemy z historii, że propaganda czyni cuda, a kucyki to konformiści… ale naprawdę kilka ploteczek rozpuszczanych przez randoma to rzecz, która zniszczyła przyjaźnie nawet w Ponyville? Ok, potem zostały naprawione równie banalnymi przemowami, więc w sumie jest w tym jakaś nielogiczna logika…

- Equestria cierpi na brak wszelkich struktur charakteryzujących państwo, jak odpowiednio brutalne siły zbrojne, wywiad, lojalne służby na tyle samodzielne, aby na bieżąco reagować na zagrożenia. Zawsze, gdy pojawia się potwór, jednorożce strzelają promieniami i są bardzo zaskoczone, że te nie działają. A próbowały kiedyś zrobić to włócznią? Nie mówiąc już o profitach płynących z posiadania czołgów i samolotów, a także agentów, którzy w porę doniosą księżniczce, że w kraju psują się nastroje i może dojść do rokoszu. Od biedy możemy tłumaczyć, że Celestia jest jak Stalin, który widząc Wehrmacht podchodzący pod mury Kremla nadal odrzuca rzeczywistość. Ale niech to jakkolwiek nam pokażą!

- Wszyscy będący na własne oczy świadkami fantastyczności celebrytek Equestrii spod loga Mane Six nagle przestały je lubić gdyż są kucykami ziemskimi lub z innej rasy? Właśnie tak to trochę nie działa. Ludzie szowinistycznie dyskryminujący jakąś grupę ludzi np. z powodu rasy szybciej będą przymykać oczy na to, że ich przyjaciele mogą do tej grupy należeć, niż też ich porzucą. Przykładowo, antysemita mający jednak świetnego przyjaciela Żyda będzie udawał, że ten kompan nie jest Żydem, niż go nagle zdradzi. Ale dobra, ludzie są różni i kucyki tez mają prawo poddawać się wpływowi trzyosobowemu Ministerstwu Propagandy swojemu.

- Koronacja nowej księżniczki Equestrii, która odbędzie się w trakcie imprezy porównywalnej rozmachem z festynem dożynkowym w Ponyville lub „dniem uznania dla Znaczkowej Ligi”.

- A więc Grogar to Discord, Discord to Grogar, zatem mamy kolejną rzecz, którą twórcy równie dobrze mogli wymyślić w ostatniej chwili i nie zostawili niczego, co by wskazywało na zaproponowany rozwój wypadków. Jeśli Discord znowu zaufał zdrajcy i nie przewidział, że ci NA PEWNO wystąpią przeciwko niemu, to „kretyn” jest bardzo łagodnym określeniem. Muszę jednak przyznać, że wątek był zaskakujący i sam pomysł niezły, tylko fatalnie ukazany.

- Discord ucieka… i niech sobie ucieka. Nie ma mowy, aby coś podsłuchał albo przeszkodził. No to przecież niemożliwe! A mogli z niego zrobić sobie popielniczkę.

- Cozy Glow atakuje swoich kamratów, a ci nawet nie próbują się bronić. Ogólnie w finałowych odcinkach postacie mają tendencję do gapienia się na siebie i reagowania dopiero w ostatniej chwili. Zero napięcia.

- Discord też się nie bronił nawet przez 7 sekund, a Westerplatte robiło to przez 7 dni! Niby odbił jeden promień (znowu te magiczne lasery!). Czy przypadkiem pod postacią Grogara nie mógł się teleportować lub zmienić przeciwników w kisiel? Przecież już widział, że go zdradzają! Zamiast tego pozwolił się wyssać…

- Przez cały czas Twilight traci nadzieję i potrzebuje po raz 666 coachoskiej gadki o przyjaźni. Serial ogólnie popadł w autoparodiowanie samego siebie i robienie automemów, ale błagam! To byłoby tak niemożliwie epickie, jakby zrobiono odwrotnie! Wyobraźmy sobie, że to przyjaciółki w obliczu zagłady w końcu straciły nadzieję, a Twilight właśnie w tym krytycznym momencie okazała się alfą i omegą mądrości. Widzieliśmy już tyle razy, jak Twilight zapomina kim jest, że byłoby fajnie zobaczyć ponownie księżniczkę mądrości z I, II czy V sezonu.


- Szczerze mówiąc, to poza walką z Sombrą i Chinchinzillą, nie widziałem nigdzie za bardzo wkładu Discorda. Zatem pozostałe zwycięstwa Mane Six były szczerze! Discord na pewno nie pomógł w pokonaniu siebie samego w II sezonie, Chrysalis chwilę później, Sombry w III, Tireka w IV, Kucyka Cienia w VII. Tak naprawdę, to jeden Sombra w IX był wyjątkiem zwycięstwa zdalnie sterowanego. Wnioski Twilight są inwalidą!

- Złoczyńcy są w stanie w jednej chwili rozsadzić cały zamek jednym p… kichnięciem, ale chwilę wcześniej i później mocują się z siłą fizyczną paru kucyków lub ich zaklęciami. Zbierają pasek speciala, czy co?

- Zresztą cała walka w sali tronowej to niesmaczny żart i przykład absolutnie banalnego starcia bez sensu, gdzie połowa uczestników stoi i czeka na swoją kolej, aby ośmieszyć się na ekranie. Właściwie każdy epizod i ruch można zakwestionować, więc nie widzę powodu hejcić klatka po klatce. 

- Warto dodać jedynie, że mamy niezbyt dydaktyczny przykład negowania sensu współpracy (bohaterscy i do końca lojalni strażnicy wspólnie nie mogą tyle zrobić, co bohaterki w pojedynkę). 


- No i Cozy Glow została przyduszona do ziemi. Był czas, aby ją rozbroić. 

- Ogólnie siły zbrojne w Equestrii zawsze były upokarzane nie tylko swoją bezużytecznością ale i bezmyślnością. Czego się spodziewali stojąc i strzelając laserkami w tarczę Cozy Glow? Medali?

- Złoczyńcy wygrali, ale zostawili swego najpoważniejszego przeciwnika na wolności i już założyli, że to koniec. Zaczynają pertraktować z Discordem. „Czy to nie ten koleś, który lubił oszukiwać? A potem okazuje się, że znowu wystarczy jedna Starlight, aby wszystko naprawić po staremu.

- W kiepskich filmach akcji, kiedy bohaterowi skończy się amunicja, to sięga po broń białą, a przeciwnicy normalnie dysponujący giwerami pozwalają się zmasakrować wręcz. I co robią złoczyńcy, kiedy szarżują na nich pozbawione magii księżniczki? Atakują wręcz!

- Czemu Tirek nie wyssał mocy ze swoich przeciwników? Albo nie użyli dzwonka chcąc zachować między sobą równowagę sił?

- Równowaga sił? I przy tym Cozy Glow? Serio?

- Kryształowe Imperium broni się nadal! A nie… tylko siedzi i patrzy…

- Starlight właściwie wygrała z Chrysalis, kiedy nagle na wskutek erupcji magicznej odlatuje i traci przytomność! Po czym pozwala się biernie pojmać. A taka była potężna, tyle wytrzymała wcześniej. Szkoda. Oczekiwałem, że poza superbohaterskimi gadkami pokaże jakąś bardziej zaawansowaną magię.

- Filary Equestrii zostały zbezczeszczone! Niby co chciały zrobić pegazy szarżując na dziesięciokrotnie większego potwora? Przebić jego ciało na wylot? Somnambula nie była wojowniczką i nie mogła nawet myśleć o tym, że cokolwiek zdziała. Głupio dały się pojmać, a ich próba stawienia oporu nie miała w sobie żadnej taktyki. Zresztą cała ta scena nie posiadała sensu. Starswirl mówiący, że trzeba się rozdzielić i być czujnym. Po co? Aby szóstka bohaterów oglądała jedno pole? Tak przygotowują się bohaterowie do bitwy? Z nostalgią przypominam sobie ponownie nauki Twilight u Zecory o oszukaniu przeciwnika.

- Zresztą, serial wielokrotnie uczył, że od brutalnej siły ważniejsze jest serce i głowa. Niestety, czasami w takich odcinkach o tym zapomina i mamy pokazówkę brutalnej sił walczącej z… inną brutalną siłą, choć niby wspartą tymi dobrymi intencjami. Fragment z Filarami jest właśnie taki. Taki beznadziejny.


- Nieoczekiwanie wszyscy bardzo obawiają się chaotycznej magii Discorda. To nowe zjawisko, że Discord zaczął być postrzegany jako ważny i faktycznie potężny, gdyż dotychczas przypominano sobie o nim tylko wtedy, kiedy miał po sobie posprzątać.

- Pojawiają się Windigos. Bardzo niebezpieczne zagranie ze strony twórców, gdyż to sugeruje, że w Equestrii od prehistorii nie miała miejsca większa kłótnia ogólnonarodowa. Czy na pewno? Tak czy siak, duchy nienawiści w sumie okazały się dekoracją tła, która niewiele zrobiła i tylko nastraszyła kucyki. Odnoszę wrażenie, że chodziło głównie o danie pretekstu do stworzenia niekontrolowanego przez pegazy zachmurzonego nieba, które po prostu majestatycznie wygląda na screenach.

- Finałowa walka to parada idiotyzmów numer dwa. Dużo mówiło się o rozdzieleniu Mane Six od siebie, aby wytrącić im z kopyt atut kooperacji. A co mamy w finale? Złoczyńców kontra Mane Six w jednej drużynie! Znowu poszczególne postacie czekają na swoją kolej dostania po twarzy, a bitwa o Equestrie polega na strzelaniu w siebie laserami. Co więcej, sama Equestria okazuje się być wielkości co najwyżej Sopotu, skoro w półgodzinki można podjechać do Kryształowego Imperium, wrócić zwołać wszystkie stworzenia z okolicznych krain i stawić się idealnie w najlepszym momencie bitwy. 


- Jak wygląda walka w wydaniu przyszłej księżniczki? Trochę analogowo, czyli zamiast teleportować się i spróbować skraść dzwon, one biegają dookoła, narażając się na czysto fizyczne obrażenia. W dodatku nie było widać w tym żadnego rozpoznania pola walki. Czy Twilight nie widziała tego, że dzwon lewituje, czyli jest pewnie trzymany przez jakąś siłę magiczną? Od razu można nabrać wątpliwości, czy Applejack zdoła go złapać na lasso.

- Rainbow Dash przy współpracy z Rarity i Twilight mogłyby zrobić całkiem potężną burzę z piorunami. Tak Flash Magnus ze swoją drużyną pokonali dwa tytanicznie wielkie smoki.


- Ponaddźwiękowe Bum też mogłoby okazać się całkiem skutecznym środkiem przeciwko złoczyńcom. Może oczyściłoby niebo na chwilę, może spowodowałaby jakieś magiczne reperkusje. A na pewno świetnie wyglądałoby w mediach.

- Aby oszczędzić na rysowaniu tłumu postaci z detalami, można go pokazać, jak stoi tysiąc kilometrów dalej na jakimś wzgórzu. Mało detali, mało pracy i mało zmarnowanych pieniędzy!

- Taki sam trik został wykorzystany w epilogu. Aby pokazać wszystkich bohaterów, nie stworzono galerii w albumie (który nomen omen dostała Twilight) ani portretów. Najtaniej narysować nieruchomą planszę, która nie ma znaczenia fabularnego, będąc jedynie tłem w piosence.

- Orbitalne działo przyjaźni stało się znakiem rozpoznawczym rozwiązywania problemów w tym serialu, więc nie powinienem na nie narzekać. Nawet na to, że Klejnoty Harmonii, Drzewo Harmonii wszystkie inne gadżety są tylko gadżetami, skoro Mane Six i w sumie cała Equestria są same z siebie zupełnie nie do ruszenia…

- A raczej, były nie do ruszenia przy walce z Tirekiem nr 1 lub z Sombrą. Wtedy dziewczyny musiały się przekonać, że przyjaźń to magia i ta magia sama ożywała i się działa, niezależnie od dzierżonych artefaktów lub posiadanej magii. Powiedzmy, że tym razem villaini mieli więcej many… i wtedy przyjaźń reprezentantek Klejnotów Harmonii przestała wystarczać. Wychodzi na to, że magia przyjaźni też ma jakieś swoje punkty siły, które w sposób arytmetyczny rosną wraz ze zwiększeniem ilości osób lb ich masy. Ciekawe…

Wiecie, to znowu niby tylko głupie narzekanie na epickość sceny, ale nadmiar takich uproszczeń niszczy napięcie. Ani przez chwilę w trakcie finału nie miałem poczucia, że sytuacja jest naprawdę poważna. Nie udzielił mi się smutek Twilight, rozgoryczenie zwykłych kucyków ani nawet radość ze zwycięstwa. Dla mnie to wszystko było z góry do przewidzenia. Teoretycznie tak jest we wszystkich podobnych historiach, ale porównajmy to sobie chociażby z Return to the Harmony/Powrót do Harmonii, gdzie triumf Discorda była autentycznie zatrważający, jak i prawdziwa radość z powrotu Mane Six do siebie. Tam też były błędy logiczne, które jednakże mniej bolały z powodu mniejszej skali wydarzeń. Mimo to napięcia nie brakowało.

A no tak, Discord wtedy był autentycznie złym i przez to poważnym charakterem.

- Czas na podsumowanie finału. To odcinek o banalnej fabule i prostacko narysowanych detalach. Alicornia Cozy Glow to tylko większe skrzydła i krótki róg, a jej chaotyczna wersja to Pony Generator ze wszystkim na random. Oczekiwania były bardzo wysokie, więc zrobienie zwykłego odcinka również spotkałoby się z krytyką i poczuciem pustki, lecz odwalenie go na szybko i pozbawienie tak elementarnego wykończenia podkręciły ten kontrast. Jednak coś takiego, jak finał wspaniałego i trwającego 9 lat serialu to chyba coś, od czego można oczekiwać wiele. Wzruszającej historii, nieoczekiwanego zwrotu akcji w najlepszym momencie, dopieszczonych grafik. 

- Serial to potrafi. Mieliśmy zarówno szeregowe odcinki, jak i te będące kamieniami milowymi fabuły, które zapierały dech w piersiach. Nie zawsze wiązało się to ze skomplikowaną intrygą, lecz wystarczało stworzyć dobry klimat. Weźmy taki Canterlot Wedding/Ślub w Canterlocie. Historia równie niezłożona, jak w The Ending of the End/Koniec Końca. Ale samotna w swych podejrzeniach Twilight chwytała za serce, tak samo jak piękny motyw muzyczny z pocałunku Cadance i Shining Armora, doskonale rozszerzony przez MelodicPony. 


Gwoli uczciwości, muszę też wspomnieć o rzeczach, które mi się spodobały. 

- Dzwonek Grogara. Ciekawy motyw z fajnym detalem, że w chwili używania wydawał z siebie dźwięk. Nie był to zwykły barani dzwoneczek, a coś bardzo posępnego. Choć zastanawia fakt, że po raz kolejny z rzędu chodzi o wysysanie magii z kucyków (Tirek, dzwon Grogara, pośrednio działania Starlight, berło Stormkinga).

- Inne rasy przybyły na pomoc. To znaczy, że szkoła Twilight i uprawiana przez nią dyplomacja okazały się owocne. Owszem, Young Six dopiero się pojawiły w serii i niestety kończymy z nimi przygodę, ale i tak wątek został wykorzystany dobrze.

- Pegazy zachowujące się jak w Fallout Equestrii. To po prostu bardzo ciekawy smaczek i niegroźny ukłon w stronę fandomu.

- Spike zasłaniający sobą Rarity.


Rozplączmy swoją wyobraźnię. Wyobraźmy sobie kilka scenariuszy, które mogłyby się wydarzyć i które moim zdaniem byłyby bardziej twórcze:

Scenariusz numer 1:

Chrysalis (i być może Tirek) nie zostają zamieni w kamień. Pojmani i magicznie rozbrojeni stają się mieszkańcami dworu w Canterlocie. Chrysalis zostaje kimś w rodzaju błazna, który nie posiada wolności i zostaje zmuszony do dzielenia się swoją wiedzą na każde zawołanie Twilight. Musi jej służyć, a Twily czasami jej przypomina za co siedzi. Taka tycia złośliwość. Dla Mane Six i canterlockich gości jest atrakcją turystyczną, a Rainbow jest wobec niej jawnie wredna, przez co Fluttershy musi stawać w obronie jeńca. Cozy Glow natomiast wraca do społeczeństwa po długiej i chwytającej za serce terapii u Starlight.

Z czasem jednak królowa akceptuje tę rolę i dostrzega swoje błędy, stając się lepszą osobą. Twilight to docenia i wydłuża jej łańcuch, aż z czasem (co byłoby oczywiście pokazane w epilogu) uzyskuje wolność w zamian za bycie dobrą.

A Tirek zostaje w końcu odesłany w paczce do ojca, od którego Twilight zażądała reparacji wojennych za zniszczenie zamku (żartuję).


Scenariusz numer 2:

Jedna z Mane Six (niech będzie Twilight) staje się zła na skutek intrygi villainów. Dostrzega uroki ciemnej strony mocy i staje potężniejszą Nightmare Twilight. Wiem, że to też stary motyw fandomowy, ale i tak skończyło się przecież na wątkach z internetu. Mane Six muszą mocno się napocić, aby odzyskać przyjaciółkę. Nie byłoby to możliwe bez pomocy CMC, Young Six, Filarów Equestrii i innych postaci, które i tak wystąpiły na końcu finału jako dekoracja. Twilight finalnie oczywiście wraca do siebie i ratuje świat od villainów, którzy widząc swoją porażkę porzucają resztki humanitaryzmu i grożą prawdziwą katastrofą. Doświadczenia z ciemnej strony mocy pozwalają księżniczce mądrzej rządzić przyszłością.

Scenariusz numer 3:

Aby pokonać villainów, Twilight z drużyną muszą zgłębić naturę swoich przeciwników. W tym celu odwiedzają ojczyznę Tireka, badają historię Chrysalis i dowiadują się, kim tak naprawdę jest Cozy Glow. Dysponując taką wiedzą nie chcą zniszczyć złoczyńców, ale wskazać im konkretne problemy, ich echa, przekonać do przejścia na jasną stronę mocy. Przykładowo, odkrywszy, że Tirek ma kompleksy wobec wspomnianego w serialu ojca, uczą go radzić sobie z nimi.

Wydaje mi się, że wszystkie trzy pomysły są bardzo w duchu serialu i zgodne z jego przesłaniem. Nie wymagają ukazania śmierci, prawdziwej przemocy. Nie zawierają też wątków erotycznych lub chociażby romantycznych, więc… 100% safe for work! Owszem, potrzebują ujęcia rzeczy trochę dramatycznych i bardziej skomplikowanych, ale na pewno nie bardziej od dowolnego filmu Disney’a.

PS: fandom też kombinuje:



CZĘŚĆ TRZECIA – Epilog, którego mogło nie być

Wielokrotnie w trakcie spekulacyjnych rozmów o nadchodzącym końcu serialu wyrażałem nadzieję, że twórcy jakoś pożegnają się z fandomem. Fandom nigdy nie był poważnym źródłem zysku dla Hasbro, jednak uczynił jego produkcję wyjątkową. To dzięki nam „My Little Pony: Friendship is Magic” przeszło do historii i stało się ogólnoświatowym fenomenem kulturowym. W jaki dokładnie sposób to przełożyło się na dolary, tego nie wiem, ale na pewno dla twórców było powodem do dumy i sławy. Dlatego liczyłem na coś raczej drobnego, co da nam znać, że po drugiej stronie procesu produkcyjnego o nas pamiętano. Może jakaś wypowiedź, np. koronowana Twilight, która dziękuje wszystkim, nie tylko kucykom, za te pięknie spędzona lata.

Dostaliśmy cały odcinek! 

Nie mam wątpliwości, że był to jeden z istotnych powodów jego powstania. Wydaje mi się, że dziewczynki i randomowi widzowie aż tak bardzo nie potrzebują dopieszczania wątków. To fani, a pośród nich analitycy i maniacy szczególnie chcą dowiedzieć się, kto za kogo wyszedł, komu urodziło się dziecko, jak zmieniła się gospodarka przez lata i do czego doprowadziły reformy edukacyjne Twilight.

Dlatego pojawienie się tego odcinka uważam za od dawna oczekiwany ukłon w stronę fandomu. Twórcy podziękowali nam za obecność pod sceną przez 9 lat i jestem im za to bardzo wdzięczny. Nie każdy serial doczekał się takiego odcinka, który wymaga przecież bardzo zaawansowanego projektowania! Trzeba postarzyć bohaterów, wymyślić im dalsze losy i jeszcze chwycić dodatkowo za serce jakąś wyszukaną pointą.

No i nie wyszło.

Fabuła ponownie jest napisana na kolanie i bardzo biedna. Ulubienica Twilight przychodzi do niej i mówi, że niczego się nie nauczyła. Wtedy mentorka przytacza kilka retrospekcji z rzeczy, które są wydarzeniami historycznymi i na pewno opisanymi w książkach, a potem przedstawia ją reszcie Mane Six, które jest na zamku co miesiąc, o czym nikt nie wiedział (a przynajmniej Luster nie wiedziała). Uczennica stwierdza, że jednak przyjaźń nie przeszkadza w karierze i to ona czyni życie atrakcyjnym. Tak, to jest cała intryga, cały tytułowy ostatni problem. 

Teoretycznie nie powinienem mieć pretensji. Przecież ten odcinek powstał po to, aby pokazać starszych bohaterów i ewentualnie wstawić koronację, na którą zabrakło czasu we właściwym finale, więc fabuła to tylko pretekst. Jednak… chyba jakakolwiek dłuższa opowieść powinna cechować się dobrą fabułą, niezależnie od intencji powstania. Inaczej mamy z tego porno, gdzie treść również schodzi na drugi plan. Okej, to porównanie może było przesadą. Jednak moim zdaniem fabuła tego odcinka pasowałaby do jakiegoś fillera z poziomu VI sezonu. Odcina, który ludzie zapamiętaliby tylko z powodu pojawienia się nowej waifu.


Nie wiemy, ile dokładnie lat minęło między serialem, a epilogiem. Różne szacunki mówią od 10 do 20, w zależności jak zakwalifikujemy widoczne postacie nowego pokolenia. Czyją córką jest Luster? Jeśli Starlight i Sunbursta, to musiałoby minąć dość dużo lat, aby zdążyła tak wyrosnąć. Jeśli nie, to w trakcie IX sezonu mogła już spokojnie sobie kopać piłkę i weszła do sali tronowej Twilight stosunkowo niewiele później.

Nie chciałbym oceniać samych wyborów twórców, dotyczących kogo z kim shipować, komu dać dzieci, a komu nie dać. To chyba kwestia osobistych gustów, headcanonów i wyobrażeń. Życie nie jest logiczne, więc nawet na logikę ciężko to wziąć. Można się kłócić, że Applejack prowadząc farmę potrzebuje potomstwa jak nikt inny, a z kolei Pinkie Pie i Cheese nigdy nawet nie otarli się o siebie w ten sposób. Z kolei Rarity chyba cierpiałaby w samotności… choć z drugiej strony, nie wiemy, kto co i z kim robi poza kadrem.

Dlatego przejdźmy od razu dalej.

Samej koronacji też nie mogę określić inaczej, jak „biedna”. Niewielu gości, a przynajmniej niewielu zostało narysowanych. Bez wielkiej pompy i wydarzeń, trochę na poziomie jarmarku świątecznego. Nie radzę tego porównywać z koronacją Aragorna. Wtedy dysproporcja majestatu może nas przerazić.

A nie… nie musimy tego robić, gdyż większość ceremonii i oddania hołdu została wycięta. Co za oszczędność łez!


Fandom obracał postaciami na wszystkie możliwe sposoby i w necie nie brakuje bardzo dopieszczonych wizualizacji starszych Mane Six i innych. Ciężko byłoby to pobić, lecz mam wrażenie, że niekoniecznie w ogóle podjęto wyzwanie. Ze względu na koszty większość postaci dostało po prostu zmarszczkę pod okiem i troszkę zmieniło fryzury, lecz bez wielkiego szału. Nie zgłębiamy się zbyt głęboko w ten świat przyszłości, a jedynie patrzymy na kilka pocztówek, gdzie pojawiają się mało wyraziste rzeczy. 

Oto kilka pytań bez odpowiedzi. Możemy domyślać się i doszukiwać najbardziej sensownego rozwiązania, ale fakt pozostaje faktem: nikt nam tego nie powiedział.

Czy Starlight i Sunburst są razem, czy tylko współpracują? 

Czy Discord nareszcie wyszedł z friendzonu i poślubił Fluttershy? 

Czy Twilight naprawdę jest nieśmiertelna?

Co z innymi księżniczkami? Serio są w zwykłym domu spokojnej starości? Umarły tam, czy co?!

Co z Cadance i jej rodziną?

Czy Luster Dawn to córka Starlight Glimmer i Sunbusta? Ma budzący skojarzenia do niego znaczek i, ale bardzo podobny kucyk występuje w odcinku A Horse Shoe-In/Pewna Posada. https://derpibooru.org/21448Six2

Co robią CMC w dorosłym życiu? 

Co się stało z Sombrą? Czy na pewno przestał stwarzać zagrożenie?

Co z Mapą Przyjaźni?

Czy nastąpił jakikolwiek rozwój technologiczny?

Spike i Rarity. Udało się, czy nie?

Widzieliśmy w serialu Cappera i słyszeliśmy o dyplomacji w Abisynii. A kotów jako tako na ulicy nie ma. Co to oznacza?

Zwróćcie uwagę, że pytania dotyczą głównych postaci. Wiadomo, że nikt nie znalazłby czasu antenowego dla wszystkich, więc fani Daring Do, Fleur de Lis czy Coco Pomell raczej muszą uruchomić własną wyobraźnię.


Pancerny nosorożec na witrażu z Young Six to chyba jedyna sugestia, że między finałem, a epilogiem, miały miejsce jakiekolwiek epickie wydarzenia.

Zatem niby to odcinek zdradzający dalsze losy, ale tak naprawdę niechętnie dzieli się konkretami. To nawet ciekawe, gdyż pozostawia większe pole do własnych domysłów, a mgła tajemnicy i niedopowiedzeń to mechanizmy budujące klimat niejednego uniwersum. Ale tutaj zostaje chyba niedosyt, przynajmniej osobiście tak to odczułem.

Pozostaje otwarta kwestia wynagrodzenia Mane Six za wierną służbę. Twilight zostaje alicornem, być może długowiecznym, jest wielka i potężna. Spike ma złoty medal i figurę Pudziana. A Mane Six dalej żyją sobie po swojemu i starzeją się, być może stojąc w aptece po leki na menopauzę. Wciąż służą Equestrii, a wydaje się, że niewiele z tego mają. Być może odmówiły zaszczytów, być może pełnią jakąś tajną służbę. Nikt niczego nie powiedział. Póki co wydaje się, że Twilight spija śmietankę, a reszta klepie biedę. Mówiły o comiesięcznym „rządzeniu Equestrią”, ale chyba nie powinny dosłownie władać czymkolwiek, nie będąc politykami i nadaj prowadząc swoje stare życia.


Oszczędność widać też w finałowej piosence. Jest to przeróbka Embrace the Magic z Legend of Everfree, w dodatku bardzo prosta i bez żadnego ognia. Pod kątem muzycznym i wokalnym tutaj naprawdę nie ma czego się chwycić, choć oczywiście nie można jej odmówić, że jest ładna. Po prostu ładna. I tylko tyle. Ingram miał deadline i na ostatnią chwilę przerobił swoje stare dzieło… więc czas na CSa! Animatorzy wstawili w tle trochę scenek, a potem wszystkie wektory naraz, aby stworzyć zdjęcia zbiorowe wszystkich produktów… to jest postaci z serialu. Viola! Czas na LoLa! 

I wtedy taki maruda, jak ja, odpala sobie Babs Seed, które nie tylko ma świetną, dynamiczną melodię, ale i piękną animację mogącą funkcjonować jako samodzielny teledysk. A pamiętacie wypełniony piosenkami finał Canterlot Wedding/Ślub w Canterlocie? W The Last problem/Ostatni Problem Nawet ostatnie napisy końcowe nie były wyjątkowe. A przecież tak wiele odcinków doczekało się indywidualnej oprawy muzycznej na do widzenia, jak na przykład Rarity Investigates!/Detektyw Rarity.


Ostatni wątek, który chciałem poruszyć, to ogólna brzydota Twilight i Spike’a. Idea towarzysząca kreacji ich nowych form była prosta, czyli bierzemy najbardziej podstawowy pomysł z derpibooru i załatwione. Co ciekawe, na tym samym derpibooru mamy naprawdę fantastyczne pomysły, gdzie ciało Spike’a to skomplikowana i ciekawa wizja dorosłego smoka, a Twilight to nadobna, eteryczna istota utkanej z magii. A nie recolor Celestii lub przeróbka mokrego snu Spike’a z I sezonu.

Ale doceniam, że pozwolili odejść Babci Smith i Goldie Delicious, wstawiając motyw odziedziczenie po nich ozdób. Sądzę, że byliby w stanie pozostawić je przy życiu wbrew wszelkiej logice, a ze strachu, że w ktoś dopatrzy się w serialu zbyt brutalnych rzeczy dla dzieci. Wszak śmierć ze starości to coś absolutnie nieakceptowalnego i powinna zostać zniesiona ustawą!

Czas na kolejne podsumowanie. Sam fakt pojawienia się epilogu to wielki plus, ale już realizacja zupełnie mi się nie podobała. To jakby oczekiwać na wielki prezent urodzinowy od dawno nie widzianej cioci z Ameryki i dostać od niej jedynie czekoladę. Niby fajnie, ale już kupiłeś gry na xBoxa. 

Nie będę udawał, że te odcinki były dla mnie obojętne. Świadomość końca serii oraz widok podstarzałych bohaterek budzą mnóstwo nostalgii i smutku, choć docinki finałowe już przede wszystkim gniew i rozczarowanie. Mimo wszystko wciąż szukam w tym magii. Tego prawdziwego uroku i chwytam się każdego drobnego wątku, który pozwoliłby mi ją poczuć.

Sytuację trochę ratuje zamykająca się na końcu książka. To jest dopiero to symboliczne pożegnanie się ze wszystkimi, po którym się rozpłakałem. Nawet teraz łzy napływają mi do oczu. Cała pożegnalna piosenka i obserwacja zmian u bohaterów nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak ten drobiazg. 

Ale jest to też gorzka refleksja. Zacytuję samego siebie z tego posta: niczym w recenzji Dema trzeciej części filmowego Hobbita. „patrzcie, co mogliście mieć, a czego nie dostaliście”. To samo powiedziała mi ta zamykająca się książka. Mogła być magiczna, wzruszająca przygoda godna Tolkiena/Rowling/Carolla. A wyszła masowo produkowana przez megastudia naparzanka z wybuchami, a potem kilka rzewnych holywoodzich frazesów.


Kilka niewygodnych pytań na koniec:

-Skoro alicory mają więcej mocy z automatu, to czemu Celestia nie zrobiła ich więcej? Tak, wiemy, że nigdzie nie widać, że to ona rzuca zaklęcie! Biorąc ten detal na poważne przesyłam pytanie do tej tajemniczej mocy, która to zrobiła. Halo, Larson na linii?

-Dlaczego Starlight lub ktokolwiek inny nie zechciał cofnąć się w czasie, aby zapobiec błędom Discorda?

-Czy Discord będąc wszechmocnym i P O T Ę Ż N Y M nie mógł zabezpieczyć się jakąś klątwą lub przymierzem z villainami? Czyli w chwili złożenia obietnicy o współpracy zostaliby zaprzysiężeni. A w razie zdrady zmieniliby się w gulasz? To byłby dopiero parasol bezpieczeństwa, o którym wspinał w sali tronowej. No tak… bo to pan intryg, który robi przewrotne rzeczy, których nikt nie rozumie! Albo na serio jest idiotą i niczego nie udaje.

-Czemu do obrony Equestrii (szczególnie w tym krytycznym momencie) nie zatrudniono dorosłych, gigantycznych smoków? Torch byłby w stanie połknąć Tireka! 

-Jakby tysiąc podmieńców naraz przemieniło się w Mane Six, to Cozy Glow dostałaby apopleksji. Choć i tak dobrze, że ten motyw w ogóle się pojawił!

-Czemu Luna dysponująca mocą penetracji snów… nigdy nie wykorzystała tego w obronie przed wrogami? Mając dostęp do ich snów mogłaby z nimi pertraktować na swoich warunkach. Oni mogliby nawet o tym nie wiedzieć, że śnią!

-Skoro Słońce i Księżyc to tylko piłki, którymi księżniczki sobie swobodnie sterują, to czemu nie można zrobić taktycznego zaciemnienia, aby oślepić wroga?

-Gdzie były batponiacze? To one w końcu istnieją, czy nie?!

Dziękuję za uwagę.

PS: mimo wszystko, to nadal był najlepszy serial /)


Wszystkie obrazki wykorzystane w artykule znajdują się na derpibooru i pod linkami można znaleźć pełne opisy, tagi, autorów i tak dalej.

17 komentarzy:

  1. Mi się epilog podobał

    ale po tym co właśnie przeczytałem, chyba zmienię zdanie

    OdpowiedzUsuń
  2. Przepraszam za wszystkie lierówki w artykule.

    Osoby ciekawe źródeł niektórych wątków, rozmyślań muzyki itd.są proszone zgłosić się tutaj, lub na privie (fejs), a na pewno odpowiem :)

    Dzięki za wrzucenie artykułu!

    https://www.facebook.com/spidivonmarder

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo dobre opisanie sezonu i jego końca do pytań które poda Spidi dodałbym jeszcze jedno. Twórcy w przez cały okres 9 lat zarzekali się, że wydarzenia z EQG są zupełnie niezwiązane z główną liną, ot taki spin of a w the last problem w retrospektywie vectorkowej Twilight pośród różnej maści poników pojawia się ponikowa wersja Sunset Shimmer i moje pytanie po co tam ona skoro EQG jest Spin offem ? Czyżby prank ?, a może uległość wobec fandomu (bardzo dużo bronies chce by Sunset Shimmer była w MLP FIM) ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jak dla mnie to easter egg. Jeśli chcemy to na siłę racjonalizować, to nie ma żadnego dowodu, że to jest ta sama Sunset Shimmer. Nie ma dowodu, że ten kucyk w tle przyszedł ze świata "dwunożnych przyjaciół". Flash Sentry też pojawił się w odcinku "Three i a Crowd/O jednego za dużo", lecz zdawał się nawet nie rozpoznawać Twilight Sparkle. Zatem tutaj też mógł być odpowiednik Sunset, lecz nie związany fabularnie.

      Usuń
  4. W wyciekach które nastąpiły przed premierą Series Finale było wymienione że kucykowa Sunset to nawiązanie do świata EG.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bądźmy szczerzy - ten serial to już od kilku sezonów była równia pochyła, więc fakt, że zakończenie zostało spartolone nie powinien nikogo dziwić.

    A Spidi jak zwykle, ciekawa i w większości trafna analiza.

    OdpowiedzUsuń
  6. No i dobrze, że sunset pokażali to takie spoiwo między tymi dwiema seriami tak jak masa kakaowa łączy wafelki w pryncypałkach plus czekolada rozumiecie o co chodzi.

    OdpowiedzUsuń
  7. A propos rozstrzygnięcia sprawy ze złodupcami, spotkałem się z ciekawym stanowiskiem, że Elementy Harmonii zawsze dobierają odpowiednią karę do osoby. (Lunę najpierw wysłały na Księżyc, a potem pomogły się nawrócić, Discorda zamieniły w kamień, być może do późniejszej reformacji, a Tireka wysłały do Tartaru.) I właśnie w finale jedynie odebrały tej trójce magię, tak jak w przypadku Luny, i wtedy, Discord proponuje, żeby bezbronnych już przeciwników zamienić w kamień na zawsze. I to jeszcze Discord, który sam powinien być ukarany za to co zrobił! Szczególnie przeszkadza to po tym, jak przez cały sezon widzieliśmy jak zaczynali się powoli dogadywać i poznawać siłę przyjaźni, co dawało im już solidne podstawy do zreformowania.

    A co do epilogu od początku nastawiałem się bardzo negatywnie; bałem się, że spróbują na siłę wciskać G5, albo ukanoniczniać związki Mane6 (zrobili to tylko trochę), więc ostatecznie pozytywnie się zaskoczyłem. Mam pewne problemy z tym, co zostało pokazane, a co nie, ale zawsze chciałem zobaczyć jakiś taki odcinek po latach, gdzie Mane6 wspomina dawne czasy.

    Podsumowując, finał, epilog i sezon dziewiąty, tak jak cały serial, posiada swoje dobre strony, ale również te złe. Postaram się wspominać tylko te dobre :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "i wtedy, Discord proponuje, żeby bezbronnych już przeciwników zamienić w kamień na zawsze. I to jeszcze Discord, który sam powinien być ukarany za to co zrobił! Szczególnie przeszkadza to po tym, jak przez cały sezon widzieliśmy jak zaczynali się powoli dogadywać i poznawać siłę przyjaźni, co dawało im już solidne podstawy do zreformowania."

      Czyżby kolejny z chyba nielicznych Bronych który widzi, że Diskord nie nauczył się, by nie czynić drugiemu co jemu było nie miłe? Po tym jak sam w kamieniu siedział, z pełną premedytacją w słowach, zachował się jak sadysta?

      Wiesz, równie dobrze mógłbyś ukarać swoje niegrzeczne zwierze, stawiając go za siatką obok zwierzęcia, które najbardziej nienawidzi. Np. Kota ukarać bliskością wrogiego mu psa?

      Usuń
    2. Ciekawe spostrzeżenie. Wina Discorda jest faktycznie nieco schowana w cieniu. Ponadto faktycznie, spetryfikowani zostali już właściwie rozbrojeni jeńcy. Tym bardziej mnie to umacnia w przekonaniu, że pogwałcono Konwencję Genewską.

      Usuń
  8. Moim zdaniem jednym z największych problemów tego serialu są wszechpotężne postacie. Jeśli masz bohatera pokroju Discorda, który potrafi zmieniać rzeczywistość DOSŁOWNIE tak, jak tylko sobie zamarzy, bez żadnych ograniczeń (nie licząc tronu Crysalis), to jak tu wpędzić go w sytuację, w której jest bezradny? Jedynym rozwiązaniem jest wyssanie magii, ale twórcy "Mój Mały Kucyk: Film" nawet tego nie wzięli pod uwagę i po prostu gościa wyrzucili ze scenariusza. Analogicznie jest z np. Starlight. Jak pokonać kogoś, kto potrafi się teleportować? Można co najwyżej doprowadzić tego kuca do nieprzytomności, ale Krysia tego nie zrobiła podczas gdy epickiej walki, tylko po prostu zwinęła Dyrektorkę Szkoły Przyjaźni w kokon - byle glut pokonał Wszechpotężną!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, nie sposób się nie zgodzić, że serial coraz bardziej przypominał Marvela z ego superbohaterami ratującymi świat. Rozwój bohaterek oprócz rozwoju psychologicznego (ogromna przemiana Fluttershy) poszedł też w kierunku coraz większych laserów, które nagle okazywały się bezbronne wobec większego lasera.

      Usuń
  9. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja osobiście nie narzekam podobał mi się koniec i 9 sezon dla mnie ten sezon był najlepszym ale koniec 7 sezonu to było coś idealnie dla mnie (klimat)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja nie uważam zakończenie za jakieś złe, tylko szkoda że tu tyle było niewykorzystanego potencjału.

    Ja akurat wyobrażam sobie taki scenariusz, na podstawie komiksu od użytkownika Moonrises: https://www.deviantart.com/moonrises/gallery/all

    W którym okazałoby się, że prawdziwy Grogar by powrócił.


    A przy okazji, czy będzie jakieś podsumowanie dubbingu tego sezonu czy serialu na FGE?
    Zbyszek1993 ma swoje podsumowanie w MLP Wiki: https://mlp.fandom.com/pl/wiki/Blog_u%C5%BCytkownika:Zbyszek1993/Podsumowanie_dubbingu

    OdpowiedzUsuń
  12. "Wystarczą magiczne narkotyki i jesteś zwycięzcą! Kim jesteś?" Jestem narkotykiem!

    OdpowiedzUsuń

Tylko pamiętajcie drogie kuce... Miłość, tolerancja i żadnych wojen!