![]() |
| Plakat spektaklu |
Autor: SPIDIvonMARDER
Pod koniec zeszłego roku fandom zelektryzowała wiadomość, że w Polsce ma zostać wystawiona sztuka sceniczna pod tytułem „Little Pony”. Nie było żadnych wątpliwości, o jakie kucyki chodzi, gdyż na afiszu uśmiechała się prawdziwa Twilight Sparkle i to zatrważająco podobna do serialowej. Wszelkie spekulacje o fanowskich akcjach o razu zbijano na bok: to nie był ani fanart, ani tym bardziej aktywność żadnego fandomu, a poważny spektakl na poważnych deskach, czyli w Starej Aptece będącej sceną gdańskiego Teatru Wybrzeże.
I rzeczywiście. Spektakl w reżyserii Rudolfa Zioło miał prapremierą 20 grudnia 2018. Ceny biletów zaczynały się od 25 zł, ale z reguł wynosiły przynajmniej 40. Obłożenie było bardzo duże i znalezienie wolnego miejsca sprawiało wiele trudności. Czy wynikało to z renomy teatru, czy z szokującego tematu to ciężko mi powiedzieć, ale chyba raczej to pierwsze. Nie słyszałem, aby ludzie nagle odkryli ponownie kucyki, a na pewno obłożenie widowni to nie zasługa fandomu. Wydaje mi się, że tak liczne rezerwacje ze znacznym wyprzedzeniem to miejscowe zjawisko.
Fabuła jest inspirowana historią prawdziwą, którą wielu bronies kojarzy. W 2014 roku w mediach pojawiła się przykra informacja o amerykańskim chłopcu, Graysonie, który próbował popełnić samobójstwo na wskutek prześladowań w szkole. Powodem był jego plecak z Rainbow Dash, który nie spodobał się kolegom. Bazując na tych wydarzeniach Paco Bezzera stworzył oryginalny skrypt, a na język polski przetłumaczył go Maciej Krysz. No dobra, ale o co tu chodzi? Ponieważ trochę tu i ówdzie ponarzekam, to od razu zaspoileruję, że sztuk mi się całkiem podobała i mogę ją polecić wszystkim, nie tylko bronym. Ci z kolei mogą być podwójnie usatysfakcjonowani ujrzeniem swej pasji w „mainstermie”.
Scenografią jest bardzo oszczędnie ukazane mieszkanie pod postacią kilku ścian, stołu, fotela i trzech krzeseł. Obok fotela widziałem też filiżankę, która ani razu nie została użyta, aż znikła mniej więcej po godzinie. Bohaterami są zwykli małżonkowie po czterdziestce, Daniel i Agata. Poznajemy ich w chwili, w której prowadzą niezobowiązującą rozmowę o ciekawostkach z Internetu (a raczej ojciec dzieli się nimi, wbrew braku zainteresowania), kiedy to nagle próby zdobycia atencji żona przerywa dość brutalnie informując, że trzeba nazajutrz pojechać do szkoły. Ponoć zaistniał jakiś problem z ich dzieckiem, jedenastoletnim Tomkiem. Ojciec obiecuje się tym zająć, lecz ostatecznie zapomina i to matka musi stanąć twarzą w twarz wobec przykrej prawdy. Syn jest ostro prześladowany w szkole z powodu noszenia tornistra z kucykiem (a dokładniej, to Twilight Sparkle). Wraz z czasem przemoc narasta, wręcz dochodzi do molestowania. Rodzice zupełnie sobie z tą sytuacją nie radzą. Zajmują całkowicie przeciwstawne strony barykady i okopują się, niegotowi na żaden kompromis. Wyciągają sobie brudy z przeszłości, przerzucają winą i pokazują, jak daleka jest im sztuka negocjacji. Nawet, jeśli widz na początku okaże sympatię którejś ze stron, to wielokrotnie może spotkać go rozczarowanie, gdyż nikt nie jest tutaj bez winy. Ostatecznie chłopiec próbuje popełnić samobójstwo i zapada w śpiączkę, która jest ostatecznym wstrząsem dla rodziców. Ponieważ sztuka kończy się dość nagle, jakby bez pointy, nie wiemy, na ile ten wstrząs okazał się owocny.
Rodzice dużo na siebie krzyczą, próbując w ten sposób wymusić na drugiej stronie zmianę stanowiska. Ojciec na początku zdaje się być bardziej otwarty na zróżnicowanie kulturowe. Choć zupełnie nie interesuje się pasją syna, to ją popiera dla samej idei samostanowienia. Domaga się radykalnych metod walki o swoje i wręcz posuwa się do przemocy w obronie syna. Z czasem okazuje
się jednak dość ograniczonym człowiekiem. Z kolei matka jest konformistyczną racjonalistką, dla której najważniejsze jest szerokorozumiane dobro syna i jego komfort, nawet kosztem jego wolności. W przeciwieństwie do męża, drążą ją wątpliwości. Sam syn jest ukazany jedynie po postacią symbolicznie animowanych, sporadycznie wyświetlanych przeźroczy. Towarzyszy im ciężki podkład dźwiękowy, przypominający bardzo oszczędny dark ambient. Bardzo podobny można usłyszeć w tym filmiku:
Sztuka przybiera postać długiego dialogu, który wraz z czasem traci cechy rozmowy i staje wymianą oskarżeń wyrzutów i osobistych wyznań. Powiem szczerze, że po dłuższej chwili było to dla mnie dość przykre, widzieć przed sobą dwójkę skłóconych ludzi, którzy zdawali się być skazani na konflikt. Aktorzy przez cały czas będę poruszali się w tej ograniczonej przestrzeni, siadali i wstawali, a krzesła zmienią swoje położenie chyba z trzydziestokrotnie. Odnoszę wrażenie, że we współczesnym teatrze krzesło jest jeszcze jednym, równorzędnym aktorem.
O czym jest spektakl? Ujmując to jak najlakoniczniej: to opowieść o prześladowaniu jednostki przez większość niechętną zmianom i nie tolerującą inności. To oczywiste, że kucykowy akcent jest jedynie pretekstem i tak naprawdę sztuka mogłaby krążyć wokół dowolnej innej, prześladowanej jednostki. Równie dobrze to mogłaby być osoba innej narodowości, rasy, orientacji seksualnej. Jednak wykorzystanie motywu broniacza to ciekawe i dość odważne posunięcie, które pozwoliło zwrócić uwagę na tę sztukę. Wszak filmów lub książek o prześladowanych Żydach lub gejach są tysiące. Ale fani kucków to temat wciąż świeży i będący jednym z symboli zmian kulturowych XXI wieku.
Dotychczasowa lektura mojej recenzji mogłaby nasunąć wniosek, że sztuka mi się nie podobała. Jestem zobowiązany to wyjaśnić, gdyż było wręcz przeciwnie! Wspomniany dyskomfort wynikający z uczestnictwa w kłótni małżonków jest dowodem na bardzo dobra i realistyczną grę aktorską. Było to pasjonujące przeżycie.
Problem jest ukazywany bardzo konsekwentnie. Wbrew moim obawom, kucyki nie są jedynie wytrychem otwierającym temat i potem zapominane. Nie tylko wielokrotnie wracają w rozmowie, to też pojawiają się podteksty, które da broniacza mogą wydać się bardzo znajome. Osobiście doszukałem się nawiązań do ponysony, clopów, a w finale padają wprost imiona postaci z serialu, a na scenie pojawiają się płyty wydawnictwa Galapagos.
Czy spektakl wyczerpuje temat? To byłoby raczej niemożliwe, więc mam na myśli raczej ujęcie go w satysfakcjonującym i szerokim zakresie.
Ciężko to ocenić, gdyż nie od tego jest sztuka teatralna, ukazująca pewne subiektywne poglądy dwójki ludzi. Nawet uznawszy ich za przeciętnych przedstawicieli swojej grupy społecznej („typowy ojciec”, „typowa matka”), to nadal byłoby chyba dość sztuczne, aby jedna z postaci równocześnie była i spanikowanym rodzicem, i zrównoważonym myślicielem. Dlatego ukazanie problemu od strony emocjonalnej jest moim zdaniem i tak bardzo treściwe.
Drugim ważkim tematem jest patologia w rodzinie, polegająca nie na jakiś jaskrawych, stereotypowych zjawiskach (alkoholizm, przemoc), ale na alienacji członków rodziny. Kucykowy kryzys ukazuje całkowity brak komunikacji między rodzicami i ich dzieckiem, niedostatkiem wzajemnego szacunku i (co chyba najgorsze), forsowaniem za wszelką cenę swoich wartości, lekceważąc cudze. Szczególnie niemego dziecka. Tomek jest opisywany jako dziecko małomówne i chyba dość skryte, co interpretowałbym jako ucieczkę od rodzinnego ogniska. Można się domyślać, że skoro rodzice tym razem reagowali równie histerycznie od samego początku, to nie jest to pierwszy konflikt w rodzinie.
Problem jest ukazywany bardzo konsekwentnie. Wbrew moim obawom, kucyki nie są jedynie wytrychem otwierającym temat i potem zapominane. Nie tylko wielokrotnie wracają w rozmowie, to też pojawiają się podteksty, które da broniacza mogą wydać się bardzo znajome. Osobiście doszukałem się nawiązań do ponysony, clopów, a w finale padają wprost imiona postaci z serialu, a na scenie pojawiają się płyty wydawnictwa Galapagos.
Czy spektakl wyczerpuje temat? To byłoby raczej niemożliwe, więc mam na myśli raczej ujęcie go w satysfakcjonującym i szerokim zakresie.
Ciężko to ocenić, gdyż nie od tego jest sztuka teatralna, ukazująca pewne subiektywne poglądy dwójki ludzi. Nawet uznawszy ich za przeciętnych przedstawicieli swojej grupy społecznej („typowy ojciec”, „typowa matka”), to nadal byłoby chyba dość sztuczne, aby jedna z postaci równocześnie była i spanikowanym rodzicem, i zrównoważonym myślicielem. Dlatego ukazanie problemu od strony emocjonalnej jest moim zdaniem i tak bardzo treściwe.
Drugim ważkim tematem jest patologia w rodzinie, polegająca nie na jakiś jaskrawych, stereotypowych zjawiskach (alkoholizm, przemoc), ale na alienacji członków rodziny. Kucykowy kryzys ukazuje całkowity brak komunikacji między rodzicami i ich dzieckiem, niedostatkiem wzajemnego szacunku i (co chyba najgorsze), forsowaniem za wszelką cenę swoich wartości, lekceważąc cudze. Szczególnie niemego dziecka. Tomek jest opisywany jako dziecko małomówne i chyba dość skryte, co interpretowałbym jako ucieczkę od rodzinnego ogniska. Można się domyślać, że skoro rodzice tym razem reagowali równie histerycznie od samego początku, to nie jest to pierwszy konflikt w rodzinie.
O dobrze, a teraz czas podzielić się tymi najbardziej broniaczowymi wrażeniami.
Pojawienie się na spektaklu kosztowało mnie dwie próby i dwa bilety. Za pierwszym razem z powodu opóźnień komunikacyjnych przybiegłem do teatru cztery minut po czasie. Niestety, ale mnie już nie wpuszczono, co tłumaczono naturą sceny. Cóż, druga wizyta (po prewencyjnym przybyciu godzinę przed spektaklem) nie potwierdziła tego. Scena jak scena, widownia jak widownia, czyli wchodzimy od tyłu. Z kolei muszę pochwalić teatr za kontakt mailowy w celu zdobycia autografów aktorów. Odpowiedz uzyskiwałem w miarę szybko.
Pojawienie się na spektaklu kosztowało mnie dwie próby i dwa bilety. Za pierwszym razem z powodu opóźnień komunikacyjnych przybiegłem do teatru cztery minut po czasie. Niestety, ale mnie już nie wpuszczono, co tłumaczono naturą sceny. Cóż, druga wizyta (po prewencyjnym przybyciu godzinę przed spektaklem) nie potwierdziła tego. Scena jak scena, widownia jak widownia, czyli wchodzimy od tyłu. Z kolei muszę pochwalić teatr za kontakt mailowy w celu zdobycia autografów aktorów. Odpowiedz uzyskiwałem w miarę szybko.
Serce rosło od samego usłyszenia takich imion jak „Nightmare Moon” lub „Twilight Sparkle” na scenie równie poważanego teatru. Nie tylko włączała się duma ze znajomości tematu (proszę się nie śmiać, to podobno naturalne, choć banalne zjawisko), ale ciekawość. Ciekawiło mnie szczególnie, na ile aktorzy i inni twórcy sztuki zanurkowali w kucykową tematykę i czy była to dla nich tylko kolejna rola do odfajkowania, czy też jest w tym coś więcej. Jak wiemy z opowieści aktorów głosowych, niektórzy całkiem na serio podchodzą do swoich roli (na przykład Julia Kołakowska-Bytner). Towarzysze ponymeeta mi świadkiem, e wielokrotnie łapałem się za usta, aby nie wydać z siebie głosu podekscytowania. Wszak niecodziennie słyszy się, aby ktoś krzyknął na całe gardło „mam już dość k**** kucyków w tym domu!”.
Podsumowując, bardzo się cieszę że akurat kucyki zostały wybrane jako temat do zwrócenia uwagi na ten ważny problem. Sądzę, że zdecydowana większość bronych w mniejszym lub większym stopniu mogła identyfikować się z sytuacjami na scenie, więc tym bardziej to dla nas cenne widowisko. Być może koneserzy teatru dostrzegliby tam pewne ukryte słabości, lecz cieszę się komfortem bycia dyletantem w tej kwestii. „Little Pony” było bardzo cennym spektaklem w mojej kucykowej karierze.
Garść zdjęć ze spektaklu udostępnionych przez Teatr Wybrzeże oraz grupowe zdjęcie broniaczowej delegacji na przedstawienie:
Podsumowując, bardzo się cieszę że akurat kucyki zostały wybrane jako temat do zwrócenia uwagi na ten ważny problem. Sądzę, że zdecydowana większość bronych w mniejszym lub większym stopniu mogła identyfikować się z sytuacjami na scenie, więc tym bardziej to dla nas cenne widowisko. Być może koneserzy teatru dostrzegliby tam pewne ukryte słabości, lecz cieszę się komfortem bycia dyletantem w tej kwestii. „Little Pony” było bardzo cennym spektaklem w mojej kucykowej karierze.
Garść zdjęć ze spektaklu udostępnionych przez Teatr Wybrzeże oraz grupowe zdjęcie broniaczowej delegacji na przedstawienie:


Dla formalności: na zdjęciu Grako, Fullsound, Wąsik i ja. Zdjęcie robi: oKruszek.
OdpowiedzUsuńSzczerze dziękuję za recenzję. Jak usłyszałam o spektaklu, to bezowocnie googlowałam trochę w poszukiwaniu jakiegoś omówienia z perspektywy broniacza, a tu FGE podaje mi takie na tacy :) Szkoda, że to tak daleko i nie dam rady obejrzeć osobiście
OdpowiedzUsuńWielkie dzięki za reckę i chęci, SPIDI.
OdpowiedzUsuńWonszu, mam dwie uwagi do tekstu
OdpowiedzUsuń1. Dużo literówek. Jeśli byś przejrzał i skorygował to odrazy byłoby lepiej.
2. Nie wiem na ile było to pod tym względem umyślne, ale mało mi się podoba że postawiłeś na jednej płaszczyźnie rasę i bycie bronym, z byciem LGBTQ+. Dla mnie jako dla kogoś kto ma siłą rzeczy rasę i jest bronym to trochę obraźliwe.
Poza tym artykuł bardzo fajny, dobrze zaspokaja ciekawość odnośnie tego spektaklu. Dziękuje że go napisałeś i mogłem się dowiedzieć więcej o tym widowisku.
Ale wiesz, że autorem tekstu jest Spidi, a Wonsz zachował tylko pisownię oryginalną?
UsuńA do drugiego się nie odniosę, bo się pewno rozpęta jaka gunwoburza.
A to przepraszam za błędne adresowanie, ale i tak takie ewidentne literówki to można by skorygować :/
Usuń@Insanus. AD, mniejszości rasowe, religijne, seksualne, bronies itp. łączy to, że wszyscy ci ludzie bywają nękani tylko za to, kim są, a nie za to, co robią.
UsuńNie chcę się czepiać, ale czepiać się literówek, samemu je robiąc...
Szkoda, że spektakl odbywa się na drugim końcu Polski. Czytając recenzję byłam w stanie wczuć się w emocje SPIDIvonMARDERa, przez co spektakl wydaje mi się być dość emocjonujący oraz ciekawy. Mam cichą nadzieję, że Rzeszów lub Kraków podejmą się jego realizacji.
OdpowiedzUsuńInfo po latach: ostatecznie tych autografów nie uzyskałem.
OdpowiedzUsuń