Obrazek... Zresztą sami wiecie!
Dziś w zasadzie nieco krócej niż zazwyczaj.
Wiecie jak to jest. Myślisz, ze masz czas, spokojnie odpoczniesz i w swoim czasie napiszesz ten artykuł, a tu rybka. Orientujesz się że już jest czwartek, następnego dnia jedziesz do Poznania i cię nie będzie przez weekend, a obiecanego posta trzeba machnąć.
To o czym dzisiaj?
Mianowicie o czymś co początkowo (przynajmniej mnie) zachwycało w serialu, by następnie zniknąć i ponownie pojawić się w jubileuszowym odcinku. Więc postaram się ograniczyć marudzenie czy to był TAKI dwusetny odcinek jaki nam było trzeba czy też nie. I nie będzie o miłości Luny do gęsi... przynajmniej nie za dużo.
Wróćmy jednak do tematu. Tym co sprawiło me serduszko w radosny nastrój było ponowne ujrzenie pięknej gry twarzą postaci, w szczególności oczami, bo nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w poprzednich sezonach było to regularnie spychane na dalszy plan. Sam odcinek oprócz wyraźnej memiczności (oraz Luny z gęsia) właśnie tym się szczycił, że postacie znowu pięknie wykrzywiały mordki, znowu potrafiły oczami więcej wyrazić niż tylko "PUDDING", były zwyczajnie bardziej emocjonalne.
Można powiedzieć, że aż nazbyt.
Co świetnie widać na przykładzie Rainbow, która wraz z Zephyrem skradła całe show (to bardzo ładna para, czego chcecie), to właśnie przy ich spotkaniu można było ujrzeć cały kalejdoskop, głównie negatywnych, emocji. Sam odcinek miał w sobie ten plus, że dzięki temu był czymś co można było spokojnie doświadczać bez głosu, a i tak można było się domyśleć co się dzieję i czemu na przykład Twilight siedzi naburmuszona na tronie, a Luna głaszcze gęś (ja na serio mam coś do tej gęsi).
W sumie, to w tym momencie mógłbym zacząć mówić o samym odcinku czy był wystarczająco specjalny, jak na tę okazję, jednak ujmę to w ten sposób. Może odcinek nie przebił w dziedzinie "specjalności" tego setnego lecz był swoistym powrotem do dawnych czasów. Do natłoku memów, do gry twarzą, do specyficznego wykorzystania oczu. Pod tym względem był to odcinek na pewno wyjątkowy, jednak może przez to był również za bardzo zwyczajny? Bo w sumie, to czego się po nim spodziewaliśmy? Macie tu pole do popisu.
A ja tymczasem znikam.
Do usłyszenia w następnym artykule podsumowującym.







Dzięki za tekst!
OdpowiedzUsuńZ wrodzonej przekory bym się nie zgodził, ale jednak się zgadzam i to bardzo ^_^
Ja spodziewałem się czegoś wyjątkowego, nawet jeśli nie byłoby to totalnie unikatowe. Nie trzymałem kopytek, że twórcy będą chcieli za wszelką cenę przebić oryginalność setnego odcinka. Być może (bo kto wie, w sumie) bez jakiejś dziwacznej (i zarazem pewnie kontrowersyjnej jak diabli) fabularnej wolty albo kolejnego odwrócenia planów, wyszedłby "tylko" znakomity odcinek. No i wyszedł, i podobał mi się bardziej niż legendarny numer 100!
A realizacja była fantastyczna! Genialna gra emocjami i ekspresją pyszczków kucyków, klimat i prawdziwą kopalnia memów - po prostu mistrzowska robota. Prosiłbym o więcej takiego niby zwykłego "po prostu" ;)
I napiszę to jeszcze raz. Oczywiście, że tak. Nie mógłbym inaczej.
Scena z Luną to absolutne, zwalające z nóg arcydzieło!!! :D
Mama do mnie
OdpowiedzUsuń- Hej, Synu. Co chciałbyś na obiad?
Ja: *Ostatni obrazek*
Piękny szablon memiczny ^_^
UsuńPowiem, że brakowało mi tego klimatu i cieszy mnie fakt, że załoga Hasbro jeszcze pamięta jak to zrobić ale z drugie strony ... dlaczego przestali ? O_o
OdpowiedzUsuń