OC: Moat
Autor: Kervak
Uwagi:
- OC pochodzi z fanfika "Czarne Niebo".
- Ostrzegam przed ostrym językiem.
- Post ma nietypową formę, ponieważ OC opisany jest w krótkim opowiadaniu (rozmowie dwóch kucy), na co zgodziłem się ze względu na jakość wykonania.
- Życie to dziwka. - Brązowy kuc w podeszłym wieku, zastukał parę razy swoją fajką o pokryty mchem kamień. Niezidentyfikowane, wpół wypalone zioła, wysypały się na zimny mur. - Zapamiętaj to młody. Póki masz kasę, jest dla ciebie miła i życzliwa... jak jesteś przystojny, to będziesz miał jeszcze łatwiej. Jednak to cię kiedyś opuści... i wtedy się dowiadujesz jak stoją sprawy na tym świecie. - Stary weteran postukał fajkę i z uwagą wpatrzył się w wydychany dym, szukając w nim inspiracji. - Dostajesz liścia w twarz i ona ucieka ze wszystkim do czego doszedłeś... próbu -
- E, nie ma to sensu... - przerwał mu pegaz stojący koło niego. Aktualnie był bardzo zajęty wypatrywaniem nieistniejących wrogów. - Jak to opuści? I po co liść w twarz? W ogóle jaki ma...
- Cicho! - warknął starszy ranga kuc, zwany Starym Pipe’em. Nie było to oczywiście jego prawdziwym imieniem, jego nikt nie znał, ale takie dostał w armii. Nawet jak wstąpił w szeregi Formacji Luny był w podeszłym wieku, a było to wiele lat temu. Żartowali, że tysiąc lat temu to przed nim Luna uciekła na księżyc. - Przymknij jadaczkę kiedy mówią starsi... A jak jesteś w wojsku to jest gorzej. Wtedy taka zabójczo piękna klacz przystawia ci nóż do gardła i mówi - Słuchaj bratku, albo bierzesz mnie jak chcesz i się nie zatrzymujesz, albo giniesz, nie doznając niczego w tym życiu. Wybieraj. Ale szybko, za niedługo kolejna wojna.
- Co? To też nie ma sensu... Czemu piękna? A nóż? Na co to...
- Jak dorośniesz to zrozumiesz. - Stary Pipe, z wysiłkiem oparł się o niewysoki mur. Księżyc był w pełni i las był widoczny niemal jak za dnia, zaprawdę piękny widok.
- A co z takim Moat’em? Jest dowódcą gwardii Luny, ma wszystko czego można chcieć... Od zaszczytów, po pieniądze czy może... hehe... widzieć naszą Wielką, Miłościwie Panującą Z Swoją Kochaną Siostrą, Księżniczkę Lunę podczas takiej kąpieli... hehe... on to ma życie...
Głuchy trzask zakłócił idealny spokój zalegający nad starym fortem.
- Auła... za co? - Młody rekrut o wdzięcznym imieniu Wind Seeker, rozmasowywał sobie zaczerwieniony kark. Staruszek miał całkiem dużo siły i zręczności jak na takiego dziada.
- Za to. Nie znasz go, więc nigdy więcej o nim tak nie mów. - Stary Pipe doszedł do konkluzji, że jest idealna pora na wspominanie starych czasów. Wypuścił parę idealnych kółek i zaczął opowieść.
Jeśli mówić, że nasze życie to dziwka, to życie Moat’a musiało być prawdziwą, grubą, wredną, lafiryndą. Znałem go stosunkowo niedługo, ale dowiedziałem się o jego życiu więcej, niż pewnie wie jego matka... wiesz jak to jest, w armii gdzie służy się aż do śmierci, nie ma tajemnic. Urodził się na jakimś wygwizdowie... nie taka wiocha jak Ponyville, ale naprawdę, jakieś ponure, skaliste miejsce na obrzeżach. Tam gdzie lord chaosu mówi dobranoc, a każda kobieta wynosi górę grochu przed drzwi by powstrzymać wrednych zmiennokształnych. Rodzina u której pojawiło się wyjątkowo duże źrebię nie była bogata, jednak panowała nad całkiem pokaźną farmą kamieni. Ale jaja, co nie? Farma kamieni? Phi, co to w ogóle jest? Tak czy inaczej, mały Moat był jednym z kilkunastu dzieci. Szybko rósł i co za tym idzie, dużo jadł. Jego ojciec na początku myślał, że to dobrze, bo będzie miał silnego pomocnika. Los jednak zadecydował inaczej. Zaczęły się problemy finansowe i wiązanie końca z końcem graniczyło z cudem. Zanim Moat byłby naprawdę przydatny, zabiłby by ich wszystkich albo sam by zginął z głodu.
Stary Pipe, zastopował na chwilę i wpatrzył się zmęczonym wzrokiem w horyzont.
Więc musiał odejść. Cała rodzina odkładała przez parę miesięcy na jego podróż. Zaskakujące, co nie? Możnaby pomyśleć, że wywaliliby go po prostu na zbity pysk. Ale nie, to byli prości ludzie z prostymi przekonaniami. Powiedziałbym, że była to dobra rodzina, nękana przez zły los. Nic nowego. Wracając... nie taki mały, prawie nastoletni Moat wyruszył w świat. Już wtedy znacząco przerastał ojca i siłą dorównywał dwóm takim jak ty. Największym jego problemem, był jednak brak jakiegokolwiek planu czy celu podróży. Myślał coś o Canterlocie, ale nie wiedział ile zajmie mu wędrówka, zwłaszcza bez mapy czy większych zapasów. Jednego był jednak pewien - chciał służyć w armii. Czemu, pewnie się spytasz? Nie, nie dla pieniędzy czy sławy... chciał po prostu służyć czemuś lub komuś. Chronić coś, co według niego było warte ochrony. Dziwne, co nie? Ja bym powiedział, że to jego matka nawbijała mu tych bzdur do głowy. Wiesz, opowieści o rycerzach w białej zbroi, dosiadających białych smoków... Napełniony marzeniami i opowiastkami wędrował przez niegościnne krainy. Dowiadywał się, że życie to nie księżniczka, tylko dziwka. Wkrótce zaczęło mu brakować i pieniędzy, i pokarmu. By móc co jeść, robił coraz gorsze rzeczy, staczając się powolutku do rynsztoku społeczeństwa. Zaczynając od zwykłej kradzieży, poprzez zaspokajanie pragnień ekstrawaganckich panien, czy kończąc na rabieżach. Jednego jednak nie można było mu zarzucić- nigdy nie zdradził swoich przekonań.
- Chwila, co ma znaczyć “zaspokajanie pragnień ekstrawaganckich panien”?
Stary Pipe, nieco wyrwany z kontekstu spojrzał na niego.
- Eh ta młodzież, nie można już pogadać na poziomie... - mruknął - RUCHAŁ IDIOTO, RUCHAŁ! - wrzasnął, wzbudzając szeroki uśmiech u młodzika.
- A, trzeba było tak od razu! - Szczerząc krzywe zęby, Wind Seeker oparł się o zniszczoną basztę. Winorośl weszła mu pod skórzaną zbroję i zadrapała jego skórę. - No, jedziesz dalej.
Tak jak mówiłem, nigdy nie odszedł od swojej ścieżki. Może i robił to i owo... ale w życiu przychodzą chwilę, gdy trzeba dotknąć dna, by wybić się na szczyt, co nie? I tak było tym razem. Po paru latach napotkał tajemniczych, ubranych w ciemne stroje pegazów, nie pytających nawet ile on ma w zasadzie lat. Zaproponowali mu pracę w... HA... “armii”. Brzmi znajomo? Było to chwilę przed tym jak Nasza Wielka, Wspaniała, Mądra I Potężna, Z Kształtnym Siedzeniem, Księżniczka Luna w postaci Nightmare Moon próbowała obalić swoją siostrę. Co jak wiemy, nie do końca jej się udało, dzięki szóstce przybłęd z Ponyville. Ah, ale gdyby ich tam nie było... może ja sam mieszkałbym w jakiejś willi w Canterlocie a nie patrolował te cholerne ruiny przez resztę mojego życia... Mniejsza, Moat był świetnym żołnierzem, posłuszeństwo wobec ludzi których uznał za godnych szacunku, ma chyba we krwi. No i widzisz, on nie był głupi. Był jak taran, może nie szybki ale uparcie dążył do celu. Po jakimś czasie potrafił dojść do wszystkiego. I był naprawdę dobrym obserwatorem. Wokół niego, liczba zabójstw ważnych oficerów gwałtownie spadła. Moat potrafił przewidzieć niemal każdą zasadzkę i zdradę... I nie, nie myśl sobie, że był geniuszem. Był prostym człowiekiem z wielkimi ideałami. I z tym wiąże się też jego znaczek... fosa wokół gilotyny. Ponury, co nie? Jednak to jest to, co jest dla niego najważniejsze- obrona bliskich i karanie zdrajców.
- Dobra, ale jak on został przywódcą Gwardii Luny? Wszyscy wiemy, że Nightmare Moon przeceniła swoje siły a jej... haha... “rewolucja”... upadła.
- Prawda. Wiesz jednak, że Nasza Piękna Pani Księżyca, I Nie Tylko Męskich Serc, Księżniczka Luna, nie została wysłana na kolejne wakacje na księżycu.
Zamiast tego władczynie “podzieliły” się władzą. Zanim coś powiesz - nie, nie będziemy rozmawiać o tym jakie to było marionetkowe. Wszyscy o tym wiemy. Nie zmienia to jednak faktu, że Luna utworzyła własne wojsko. Przeszli do niego wszyscy z jej starej bandy, między innymi Moat, już jako porucznik. Ledwo żywy porucznik. Oni wszyscy żarli korzonki i być może siebie nawzajem, czekając w lesie na powrót Nightmare Moon. Wielu uciekło, a jeszcze więcej zostało zabitych przez wciąż lojalnych wojaków. Mówię ci, co to były za czasy... to co się tam działo to było prawdziwe piekło. Teraz pewnie już wiesz skąd się wzięła nasza dewiza - “Zaciąga się tylko raz”. Po paru latach pokoju, musieliśmy znowu zewrzeć szeregi i nastąpiła króciutka wojna z gryfami. Jak pewnie wiesz, Luna wzięła parę hufców swoich smętnych wojaków i wyruszyła by zaprowadzić porządek z nieszczęsnymi pół-ptakami, pół-kotami. Widzisz, lata na księżycu nie nauczyły jej by w końcu zaczęła doceniać przeciwników. Jak gdyby nigdy nic, przeprowadziła swoją armię przez jeden wąwóz, pozwalając tylko niektórym pegazom z swojej Gwardii zostać przy niej, wysoko nad nimi. I tak oto znikąd, na zatłoczoną armię zaczęły spadać skały wielkości dupy Celestii. Rozumiesz to? Za jednym zamachem zmiatały pół-plutonu. Krew i flaki były wszędzie. I kto tam był? Ja oczywiście i Moat, który dowodził moim oddziałem. I zgadnij co ten idiota zrobił...
- No wszyscy wiemy co....
- Cicho! Nie pytałem cię o zdanie!
- Ale przed chwilą powiedziałeś... - Widząc groźne spojrzenie Starego Pipa, pegaz pośpiesznie zamilkł.
Jak już mówiłem, Moat żył marzeniami. I był jednym z tych, którymi pałkami... przepraszam, SERCAMI Luna zapanowała... świadomie albo nie. Gdy zobaczył nadlatujące ze wszystkich stron gryfy, wyciągnął te swoje wielkie skrzydła i poleciał do swojej pani która... radziła sobie całkiem nieźle. Dopóki nie pojawił się jakiś dziwaczny jednorożec który DOSŁOWNIE, rozumiesz, DOSŁOWNIE zalał wszystko wokół niej ogniem. Powiększone “Inferno Gradusa Szarego, Typ. C “ powiedziałbym, rzucone bez gestów i inkantacji. Imponujące. Ale nie oszukujmy się - była alicornem. Nic się jej nie stało. Ale wszyscy, czy to jej Gwardziści, czy wrogowie zostali spopieleni. A tamten śmiał się tylko. Wyciągnął jakąś dziwaczną, powykrzywianą włócznię otoczoną jaskrawą magią i wyrzucił ją do Luny. Ta, pewna swojej siły, otoczyła się tym swoim polem czy innym ścierwem i ruszyła na swojego przeciwnika. I wiesz co? On zniknął. Po prostu. A ona, kilkanaście metrów nad ziemią, podziwiała, jak jej potężna magia samego alikorna, zostaje poszatkowana, a grot wbija się jej prosto bark, eksplodując barwami. Nie wiadomo co się z nią stało potem, zemdlała chyba, ważne, że runęła jak rażona gromem. I kto był w miejscu gdzie spadała? Moat oczywiście. Wystawił swoje skrzydło, pozwalając by uderzyła w niego całą siłą spadającego ciała. Do teraz zastanawia mnie, co on sobie myślał, że nic mu się nie stanie? (Hehe, założę się, że w gaciach miał coś twardszego niż jego skrzydło...) Jego kości pękły jak zapałki i prawie oderwało mu to, coś co pegazy cenią najbardziej. Chyba cenią najbardziej, faceci i tak nie mogą pochwalić się czymś więcej.... Tak czy inaczej, on zemdlał z bólu, a Luna przeżyła.
- A gdzie ty wtedy byłeś?
- Zrobiłem to co każdy, doświadczony weteran. Ukryłem się w nabliższej szczelinie. - Stary Pipe nie wydawał się z tego zawstydzony czy coś w tym stylu.
- A-ale to tchórzostwo... powinieneś walczyć.
- Synu. - Weteren spojrzał na niego przymróżonymi oczyma. - Jak dowiesz się, jak to jest, gdy twój najlepszy przyjaciel i paru twoich kolegów ginie pod toną zimnej skały, to wtedy pogadamy. - Stary żołnierz wypuścił parę kłębów dymu, pozwalając im się unieść i rozpłynąć w powietrzu. Noc była rzeczywiście ciepła.
Moat został w końcu doceniony. Nie był już tym chłopaczkiem z zadupia, wiecznym porucznikiem, tylko najlepszym Gwardzistą który uratował samą Absolutnie Najlepszą Znawczynię Wszystkiego, Mogącą Tylko Konkurować Z Celestią, Księżniczkę Lunę. Tak jakby takie uderzenie o ziemie mogłoby jej zaszkodzić, hehe... Wszystkie jego zasługi zostały nagle zauważone, a zalety wyolbrzymione. Był jednak jeden problem- nie miał skrzydła. Tamto nienadawało się do niczego, magia nie była w stanie go naprawić, więc go po prostu ciachnęli. Pewnie się już spodziewasz, do czego zmierzam. Tak, właśnie do tego. W czasie gdy Moat dostał nominację do dowódcy Gwardzistów Luny, ona, by pokazać mu swoja wdzięczność (Nie, nie zabrała go do sypialni... i przestań się ślinić bo mi tytoń zamoknie!) Zebrała swoją magię i stworzyła skrzydło. Rozumiesz, takie magiczne, ale nie znikające po pewnym czasie. Wielkości takiej, jak te stare, ale wyglądem przypominające skrzydło smoka, zamiast błony wypełnione było ciemno-niebieską energią. Jaja, co nie? To dopiero było widowisko, a nie to co teraz... Haha, wciąż pamiętam pierwszy próbny lot Moat’a. Myślałem, że się popluje ze śmiechu gdy zaraz po wybiciu stracił kontrolę i zerwał z najbliższego posągu połowę ręki.
- No, też bym tak chciał...- rozmarzył się Wind Seeker.
- Jakoś szczerze w to wątpię.
Moat nigdy nie był sprawny w lotnictwie, zamiast manewrować wokół przeszkód, łatwiej mu było przez nie po prostu przelecieć. Pamiętasz tą młodą klacz, Rainbow Dash? Ona by okrążyła pięć razy jeden mur zanim on zdążyłby skończyć pierwsze okrążenie. Ale on i tak by wygrał. Wiesz czemu? Bo po prostu przebiłby się przez te cegły. Taki właśnie był - prostolinijny. Rozumiesz... pegaz wielkości alicorna, opięty węzłami mięśni, z ciemnolazurowym umaszczeniem i z krótką ciemną grzywą. Prosta twarz z nutką szlachetności, często nadużywaną u jednorożców. No tak, i jego skrzydła, nieporównywalnie duże, nie mówiąc już o jednym magicznym. Robił wrażenie. A jak zakłada zbroję dowódcy Gwardzistów... Po prostu jedyny w swoim rodzaju. Ale NIGDY, nie myśl, że jest taki jak te patałachy i snoby z Canterlot... Uprzejmy, z spokojnym, głębokim głosem, nigdy nikogo nie oceniał po pozorach. Ha, wiesz co w ogóle słyszałem? Że gdyby mu się nie udało z jego pierwotnym zamiarem, to chciał zostać naukowcem. Rozumiesz? On, pegaz, naukowcem! Ha! Coś mu jednak z tego zostało, stara się o tą swoją wiedzę, by móc skuteczniej chronić swoją Księżniczkę. Nauka ciężko mu szła na początku, nikt go nie nauczył czytać i pisać. Ale podobno w ciągu parunastu lat nadrobił już większość zaległości z szkoły oficerskiej... Szczęście, powiesz? Ciężka praca, ja ci odpowiem.Tak czy inaczej, nie zmienił się wiele. Tak samo lojalny, sprawiedliwy w ocenach i starający się zrozumieć innych, jak zawsze. No i tępy jak zwykle. Powiedz mu, że Luna coś chce, a on to zrobi bez mrugnięcia okiem. Nawet jakbyś powiedział mu żeby złożył swoje skrzydła i wsadził je sobie w du... rozumiesz chyba. Osiągnął to co chciał, chociaż nie bez ofiar. Bez chwili refleksji zlikwiduje całą wioskę bandytów, ale każ mu zabić niewinnego, to on popatrzy się na ciebie tym swoim wzrokiem który będzie cię prześladował nawet gdy będziesz szedł w krzaki za potrzebą. Żyje po to by służyć Lunie i być przy niej jak najbliżej... A nasza ukochana księżniczka ma go głęboko gdzieś.
- Taaa... - mruknął Stary Pipe, kończąc swoją opowieść. Niby zawsze oddany władzy, ale wiadomo co tak naprawdę trzyma go tutaj. Tylko ona, nic się nie zmieniło po latach.
- To wszystko? - spytał zasłuchany pegaz.
- A co, chciałbyś usłyszeć o tym jak chodzi srać, albo jak grzebie sobie w tyłku? - prychnął Pipe. - Tak, to wszystko.
- Ale chwila, jak mogłeś widzieć walkę Luny, jeśli schowałeś się pod skałą? I skąd wiesz co to był za czar? Gdzie w ogóle byłeś, jak armia czekała na powrót Nightmare Moon? - Wind Seeker po chwili ciszy podejrzliwie spojrzał na Nie Tak Starego Pipe’a.
- To... - konspiracyjnym tonem mruknął dziwnie tajemniczy, zupełnie niepasujący do poczciwego, wrednego staruszka, kuc. - To jest opowieść na inną noc. - Klepnął czującego się nieswojo pegaza i zaśmiał się cicho. Wymienił tytoń w fajce i wpatrzył się w mrok otaczający fort. Po parunastu minutach idealnego spokoju, kłęby dymu zaczęły tworzyć w powietrzu zaskakująco wyraziste obrazki, przedstawiające sceny z czyjegoś życia. Gdyby ktoś się przypatrzył, mógłby zauważyć malutkie kształty przypominające skały, gryfy czy falującą wodę. Nikogo to jednak nie obchodziło, życie toczyło się dalej i kolejne opowieści tworzyły się wśród mroku dziejów. I ktoś musiał przy nich być, by je potem opowiedzieć, co nie?
- E, nie ma to sensu... - przerwał mu pegaz stojący koło niego. Aktualnie był bardzo zajęty wypatrywaniem nieistniejących wrogów. - Jak to opuści? I po co liść w twarz? W ogóle jaki ma...
- Cicho! - warknął starszy ranga kuc, zwany Starym Pipe’em. Nie było to oczywiście jego prawdziwym imieniem, jego nikt nie znał, ale takie dostał w armii. Nawet jak wstąpił w szeregi Formacji Luny był w podeszłym wieku, a było to wiele lat temu. Żartowali, że tysiąc lat temu to przed nim Luna uciekła na księżyc. - Przymknij jadaczkę kiedy mówią starsi... A jak jesteś w wojsku to jest gorzej. Wtedy taka zabójczo piękna klacz przystawia ci nóż do gardła i mówi - Słuchaj bratku, albo bierzesz mnie jak chcesz i się nie zatrzymujesz, albo giniesz, nie doznając niczego w tym życiu. Wybieraj. Ale szybko, za niedługo kolejna wojna.
- Co? To też nie ma sensu... Czemu piękna? A nóż? Na co to...
- Jak dorośniesz to zrozumiesz. - Stary Pipe, z wysiłkiem oparł się o niewysoki mur. Księżyc był w pełni i las był widoczny niemal jak za dnia, zaprawdę piękny widok.
- A co z takim Moat’em? Jest dowódcą gwardii Luny, ma wszystko czego można chcieć... Od zaszczytów, po pieniądze czy może... hehe... widzieć naszą Wielką, Miłościwie Panującą Z Swoją Kochaną Siostrą, Księżniczkę Lunę podczas takiej kąpieli... hehe... on to ma życie...
Głuchy trzask zakłócił idealny spokój zalegający nad starym fortem.
- Auła... za co? - Młody rekrut o wdzięcznym imieniu Wind Seeker, rozmasowywał sobie zaczerwieniony kark. Staruszek miał całkiem dużo siły i zręczności jak na takiego dziada.
- Za to. Nie znasz go, więc nigdy więcej o nim tak nie mów. - Stary Pipe doszedł do konkluzji, że jest idealna pora na wspominanie starych czasów. Wypuścił parę idealnych kółek i zaczął opowieść.
Jeśli mówić, że nasze życie to dziwka, to życie Moat’a musiało być prawdziwą, grubą, wredną, lafiryndą. Znałem go stosunkowo niedługo, ale dowiedziałem się o jego życiu więcej, niż pewnie wie jego matka... wiesz jak to jest, w armii gdzie służy się aż do śmierci, nie ma tajemnic. Urodził się na jakimś wygwizdowie... nie taka wiocha jak Ponyville, ale naprawdę, jakieś ponure, skaliste miejsce na obrzeżach. Tam gdzie lord chaosu mówi dobranoc, a każda kobieta wynosi górę grochu przed drzwi by powstrzymać wrednych zmiennokształnych. Rodzina u której pojawiło się wyjątkowo duże źrebię nie była bogata, jednak panowała nad całkiem pokaźną farmą kamieni. Ale jaja, co nie? Farma kamieni? Phi, co to w ogóle jest? Tak czy inaczej, mały Moat był jednym z kilkunastu dzieci. Szybko rósł i co za tym idzie, dużo jadł. Jego ojciec na początku myślał, że to dobrze, bo będzie miał silnego pomocnika. Los jednak zadecydował inaczej. Zaczęły się problemy finansowe i wiązanie końca z końcem graniczyło z cudem. Zanim Moat byłby naprawdę przydatny, zabiłby by ich wszystkich albo sam by zginął z głodu.
Stary Pipe, zastopował na chwilę i wpatrzył się zmęczonym wzrokiem w horyzont.
Więc musiał odejść. Cała rodzina odkładała przez parę miesięcy na jego podróż. Zaskakujące, co nie? Możnaby pomyśleć, że wywaliliby go po prostu na zbity pysk. Ale nie, to byli prości ludzie z prostymi przekonaniami. Powiedziałbym, że była to dobra rodzina, nękana przez zły los. Nic nowego. Wracając... nie taki mały, prawie nastoletni Moat wyruszył w świat. Już wtedy znacząco przerastał ojca i siłą dorównywał dwóm takim jak ty. Największym jego problemem, był jednak brak jakiegokolwiek planu czy celu podróży. Myślał coś o Canterlocie, ale nie wiedział ile zajmie mu wędrówka, zwłaszcza bez mapy czy większych zapasów. Jednego był jednak pewien - chciał służyć w armii. Czemu, pewnie się spytasz? Nie, nie dla pieniędzy czy sławy... chciał po prostu służyć czemuś lub komuś. Chronić coś, co według niego było warte ochrony. Dziwne, co nie? Ja bym powiedział, że to jego matka nawbijała mu tych bzdur do głowy. Wiesz, opowieści o rycerzach w białej zbroi, dosiadających białych smoków... Napełniony marzeniami i opowiastkami wędrował przez niegościnne krainy. Dowiadywał się, że życie to nie księżniczka, tylko dziwka. Wkrótce zaczęło mu brakować i pieniędzy, i pokarmu. By móc co jeść, robił coraz gorsze rzeczy, staczając się powolutku do rynsztoku społeczeństwa. Zaczynając od zwykłej kradzieży, poprzez zaspokajanie pragnień ekstrawaganckich panien, czy kończąc na rabieżach. Jednego jednak nie można było mu zarzucić- nigdy nie zdradził swoich przekonań.
- Chwila, co ma znaczyć “zaspokajanie pragnień ekstrawaganckich panien”?
Stary Pipe, nieco wyrwany z kontekstu spojrzał na niego.
- Eh ta młodzież, nie można już pogadać na poziomie... - mruknął - RUCHAŁ IDIOTO, RUCHAŁ! - wrzasnął, wzbudzając szeroki uśmiech u młodzika.
- A, trzeba było tak od razu! - Szczerząc krzywe zęby, Wind Seeker oparł się o zniszczoną basztę. Winorośl weszła mu pod skórzaną zbroję i zadrapała jego skórę. - No, jedziesz dalej.
Tak jak mówiłem, nigdy nie odszedł od swojej ścieżki. Może i robił to i owo... ale w życiu przychodzą chwilę, gdy trzeba dotknąć dna, by wybić się na szczyt, co nie? I tak było tym razem. Po paru latach napotkał tajemniczych, ubranych w ciemne stroje pegazów, nie pytających nawet ile on ma w zasadzie lat. Zaproponowali mu pracę w... HA... “armii”. Brzmi znajomo? Było to chwilę przed tym jak Nasza Wielka, Wspaniała, Mądra I Potężna, Z Kształtnym Siedzeniem, Księżniczka Luna w postaci Nightmare Moon próbowała obalić swoją siostrę. Co jak wiemy, nie do końca jej się udało, dzięki szóstce przybłęd z Ponyville. Ah, ale gdyby ich tam nie było... może ja sam mieszkałbym w jakiejś willi w Canterlocie a nie patrolował te cholerne ruiny przez resztę mojego życia... Mniejsza, Moat był świetnym żołnierzem, posłuszeństwo wobec ludzi których uznał za godnych szacunku, ma chyba we krwi. No i widzisz, on nie był głupi. Był jak taran, może nie szybki ale uparcie dążył do celu. Po jakimś czasie potrafił dojść do wszystkiego. I był naprawdę dobrym obserwatorem. Wokół niego, liczba zabójstw ważnych oficerów gwałtownie spadła. Moat potrafił przewidzieć niemal każdą zasadzkę i zdradę... I nie, nie myśl sobie, że był geniuszem. Był prostym człowiekiem z wielkimi ideałami. I z tym wiąże się też jego znaczek... fosa wokół gilotyny. Ponury, co nie? Jednak to jest to, co jest dla niego najważniejsze- obrona bliskich i karanie zdrajców.
- Dobra, ale jak on został przywódcą Gwardii Luny? Wszyscy wiemy, że Nightmare Moon przeceniła swoje siły a jej... haha... “rewolucja”... upadła.
- Prawda. Wiesz jednak, że Nasza Piękna Pani Księżyca, I Nie Tylko Męskich Serc, Księżniczka Luna, nie została wysłana na kolejne wakacje na księżycu.
Zamiast tego władczynie “podzieliły” się władzą. Zanim coś powiesz - nie, nie będziemy rozmawiać o tym jakie to było marionetkowe. Wszyscy o tym wiemy. Nie zmienia to jednak faktu, że Luna utworzyła własne wojsko. Przeszli do niego wszyscy z jej starej bandy, między innymi Moat, już jako porucznik. Ledwo żywy porucznik. Oni wszyscy żarli korzonki i być może siebie nawzajem, czekając w lesie na powrót Nightmare Moon. Wielu uciekło, a jeszcze więcej zostało zabitych przez wciąż lojalnych wojaków. Mówię ci, co to były za czasy... to co się tam działo to było prawdziwe piekło. Teraz pewnie już wiesz skąd się wzięła nasza dewiza - “Zaciąga się tylko raz”. Po paru latach pokoju, musieliśmy znowu zewrzeć szeregi i nastąpiła króciutka wojna z gryfami. Jak pewnie wiesz, Luna wzięła parę hufców swoich smętnych wojaków i wyruszyła by zaprowadzić porządek z nieszczęsnymi pół-ptakami, pół-kotami. Widzisz, lata na księżycu nie nauczyły jej by w końcu zaczęła doceniać przeciwników. Jak gdyby nigdy nic, przeprowadziła swoją armię przez jeden wąwóz, pozwalając tylko niektórym pegazom z swojej Gwardii zostać przy niej, wysoko nad nimi. I tak oto znikąd, na zatłoczoną armię zaczęły spadać skały wielkości dupy Celestii. Rozumiesz to? Za jednym zamachem zmiatały pół-plutonu. Krew i flaki były wszędzie. I kto tam był? Ja oczywiście i Moat, który dowodził moim oddziałem. I zgadnij co ten idiota zrobił...
- No wszyscy wiemy co....
- Cicho! Nie pytałem cię o zdanie!
- Ale przed chwilą powiedziałeś... - Widząc groźne spojrzenie Starego Pipa, pegaz pośpiesznie zamilkł.
Jak już mówiłem, Moat żył marzeniami. I był jednym z tych, którymi pałkami... przepraszam, SERCAMI Luna zapanowała... świadomie albo nie. Gdy zobaczył nadlatujące ze wszystkich stron gryfy, wyciągnął te swoje wielkie skrzydła i poleciał do swojej pani która... radziła sobie całkiem nieźle. Dopóki nie pojawił się jakiś dziwaczny jednorożec który DOSŁOWNIE, rozumiesz, DOSŁOWNIE zalał wszystko wokół niej ogniem. Powiększone “Inferno Gradusa Szarego, Typ. C “ powiedziałbym, rzucone bez gestów i inkantacji. Imponujące. Ale nie oszukujmy się - była alicornem. Nic się jej nie stało. Ale wszyscy, czy to jej Gwardziści, czy wrogowie zostali spopieleni. A tamten śmiał się tylko. Wyciągnął jakąś dziwaczną, powykrzywianą włócznię otoczoną jaskrawą magią i wyrzucił ją do Luny. Ta, pewna swojej siły, otoczyła się tym swoim polem czy innym ścierwem i ruszyła na swojego przeciwnika. I wiesz co? On zniknął. Po prostu. A ona, kilkanaście metrów nad ziemią, podziwiała, jak jej potężna magia samego alikorna, zostaje poszatkowana, a grot wbija się jej prosto bark, eksplodując barwami. Nie wiadomo co się z nią stało potem, zemdlała chyba, ważne, że runęła jak rażona gromem. I kto był w miejscu gdzie spadała? Moat oczywiście. Wystawił swoje skrzydło, pozwalając by uderzyła w niego całą siłą spadającego ciała. Do teraz zastanawia mnie, co on sobie myślał, że nic mu się nie stanie? (Hehe, założę się, że w gaciach miał coś twardszego niż jego skrzydło...) Jego kości pękły jak zapałki i prawie oderwało mu to, coś co pegazy cenią najbardziej. Chyba cenią najbardziej, faceci i tak nie mogą pochwalić się czymś więcej.... Tak czy inaczej, on zemdlał z bólu, a Luna przeżyła.
- A gdzie ty wtedy byłeś?
- Zrobiłem to co każdy, doświadczony weteran. Ukryłem się w nabliższej szczelinie. - Stary Pipe nie wydawał się z tego zawstydzony czy coś w tym stylu.
- A-ale to tchórzostwo... powinieneś walczyć.
- Synu. - Weteren spojrzał na niego przymróżonymi oczyma. - Jak dowiesz się, jak to jest, gdy twój najlepszy przyjaciel i paru twoich kolegów ginie pod toną zimnej skały, to wtedy pogadamy. - Stary żołnierz wypuścił parę kłębów dymu, pozwalając im się unieść i rozpłynąć w powietrzu. Noc była rzeczywiście ciepła.
Moat został w końcu doceniony. Nie był już tym chłopaczkiem z zadupia, wiecznym porucznikiem, tylko najlepszym Gwardzistą który uratował samą Absolutnie Najlepszą Znawczynię Wszystkiego, Mogącą Tylko Konkurować Z Celestią, Księżniczkę Lunę. Tak jakby takie uderzenie o ziemie mogłoby jej zaszkodzić, hehe... Wszystkie jego zasługi zostały nagle zauważone, a zalety wyolbrzymione. Był jednak jeden problem- nie miał skrzydła. Tamto nienadawało się do niczego, magia nie była w stanie go naprawić, więc go po prostu ciachnęli. Pewnie się już spodziewasz, do czego zmierzam. Tak, właśnie do tego. W czasie gdy Moat dostał nominację do dowódcy Gwardzistów Luny, ona, by pokazać mu swoja wdzięczność (Nie, nie zabrała go do sypialni... i przestań się ślinić bo mi tytoń zamoknie!) Zebrała swoją magię i stworzyła skrzydło. Rozumiesz, takie magiczne, ale nie znikające po pewnym czasie. Wielkości takiej, jak te stare, ale wyglądem przypominające skrzydło smoka, zamiast błony wypełnione było ciemno-niebieską energią. Jaja, co nie? To dopiero było widowisko, a nie to co teraz... Haha, wciąż pamiętam pierwszy próbny lot Moat’a. Myślałem, że się popluje ze śmiechu gdy zaraz po wybiciu stracił kontrolę i zerwał z najbliższego posągu połowę ręki.
- No, też bym tak chciał...- rozmarzył się Wind Seeker.
- Jakoś szczerze w to wątpię.
Moat nigdy nie był sprawny w lotnictwie, zamiast manewrować wokół przeszkód, łatwiej mu było przez nie po prostu przelecieć. Pamiętasz tą młodą klacz, Rainbow Dash? Ona by okrążyła pięć razy jeden mur zanim on zdążyłby skończyć pierwsze okrążenie. Ale on i tak by wygrał. Wiesz czemu? Bo po prostu przebiłby się przez te cegły. Taki właśnie był - prostolinijny. Rozumiesz... pegaz wielkości alicorna, opięty węzłami mięśni, z ciemnolazurowym umaszczeniem i z krótką ciemną grzywą. Prosta twarz z nutką szlachetności, często nadużywaną u jednorożców. No tak, i jego skrzydła, nieporównywalnie duże, nie mówiąc już o jednym magicznym. Robił wrażenie. A jak zakłada zbroję dowódcy Gwardzistów... Po prostu jedyny w swoim rodzaju. Ale NIGDY, nie myśl, że jest taki jak te patałachy i snoby z Canterlot... Uprzejmy, z spokojnym, głębokim głosem, nigdy nikogo nie oceniał po pozorach. Ha, wiesz co w ogóle słyszałem? Że gdyby mu się nie udało z jego pierwotnym zamiarem, to chciał zostać naukowcem. Rozumiesz? On, pegaz, naukowcem! Ha! Coś mu jednak z tego zostało, stara się o tą swoją wiedzę, by móc skuteczniej chronić swoją Księżniczkę. Nauka ciężko mu szła na początku, nikt go nie nauczył czytać i pisać. Ale podobno w ciągu parunastu lat nadrobił już większość zaległości z szkoły oficerskiej... Szczęście, powiesz? Ciężka praca, ja ci odpowiem.Tak czy inaczej, nie zmienił się wiele. Tak samo lojalny, sprawiedliwy w ocenach i starający się zrozumieć innych, jak zawsze. No i tępy jak zwykle. Powiedz mu, że Luna coś chce, a on to zrobi bez mrugnięcia okiem. Nawet jakbyś powiedział mu żeby złożył swoje skrzydła i wsadził je sobie w du... rozumiesz chyba. Osiągnął to co chciał, chociaż nie bez ofiar. Bez chwili refleksji zlikwiduje całą wioskę bandytów, ale każ mu zabić niewinnego, to on popatrzy się na ciebie tym swoim wzrokiem który będzie cię prześladował nawet gdy będziesz szedł w krzaki za potrzebą. Żyje po to by służyć Lunie i być przy niej jak najbliżej... A nasza ukochana księżniczka ma go głęboko gdzieś.
- Taaa... - mruknął Stary Pipe, kończąc swoją opowieść. Niby zawsze oddany władzy, ale wiadomo co tak naprawdę trzyma go tutaj. Tylko ona, nic się nie zmieniło po latach.
- To wszystko? - spytał zasłuchany pegaz.
- A co, chciałbyś usłyszeć o tym jak chodzi srać, albo jak grzebie sobie w tyłku? - prychnął Pipe. - Tak, to wszystko.
- Ale chwila, jak mogłeś widzieć walkę Luny, jeśli schowałeś się pod skałą? I skąd wiesz co to był za czar? Gdzie w ogóle byłeś, jak armia czekała na powrót Nightmare Moon? - Wind Seeker po chwili ciszy podejrzliwie spojrzał na Nie Tak Starego Pipe’a.
- To... - konspiracyjnym tonem mruknął dziwnie tajemniczy, zupełnie niepasujący do poczciwego, wrednego staruszka, kuc. - To jest opowieść na inną noc. - Klepnął czującego się nieswojo pegaza i zaśmiał się cicho. Wymienił tytoń w fajce i wpatrzył się w mrok otaczający fort. Po parunastu minutach idealnego spokoju, kłęby dymu zaczęły tworzyć w powietrzu zaskakująco wyraziste obrazki, przedstawiające sceny z czyjegoś życia. Gdyby ktoś się przypatrzył, mógłby zauważyć malutkie kształty przypominające skały, gryfy czy falującą wodę. Nikogo to jednak nie obchodziło, życie toczyło się dalej i kolejne opowieści tworzyły się wśród mroku dziejów. I ktoś musiał przy nich być, by je potem opowiedzieć, co nie?

Nie wiem dlaczego, ale podoba mi się ten fenix na tle!
OdpowiedzUsuńHmmmm.... ja też nie wiem...Płonący Fenixie
UsuńNo całkiem fajny OC. BTW. dawno nie było fanfika "Czarne Niebo".
OdpowiedzUsuńOstatnie szlify i będę wysyłał :).
UsuńNo ja myślę! Bo już się martwiłem, że zapomnieliście o tym fanfiku, a to jeden z moich ulubionych ;)
UsuńDługi OC...
OdpowiedzUsuńI bardzo dobrze.
UsuńNie przesadzajmy, długie to są "Biura Adaptacyjne" xp.
UsuńBardzo fajny OC, dobrze napisany, wciągający nic tylko wielki banan na twarzy ;)
OdpowiedzUsuńCiekawa opowieść:)
OdpowiedzUsuń"- Eh ta młodzież, nie można już pogadać na poziomie... - mruknął - RUCHAŁ IDIOTO, RUCHAŁ! - wrzasnął, wzbudzając szeroki uśmiech u młodzika."
Najlepszy fragment:D
Fanfica nie czytałem, więc ocenię samego OC, a konktetniej dialog, który stworzyłeś. Dodam tylko że cały czas miałem (niesłusznie, jak przecież opisujesz) wrażenie, że rozmowa toczy się w jakiejś obskurnej, portowej spelunie. Tak więc najpierw plusy:
OdpowiedzUsuń+dobry styl
+ciekawa opowieść
+otwarta kompozycja
+spójna fabuła
Minusy:
-Zbyt wulgarny język
-Tytuły księżniczek
Zastrzeżenia:
"Tam gdzie lord chaosu..."
Co to ma być, Warhammer?
"opowieści o rycerzach w białej zbroi, dosiadających białych smoków"
Już sobie wyobrażam kucyka ujeżdżającego smoka, szczególnie, że w świecie MLP jest to rasa rozumna. Kucyk na jakimkolwiek wierzchowcu to moim zdaniem absurd.
"poprzez zaspokajanie pragnień ekstrawaganckich panien"
Profesja męskiej kurtyzany w świecie MLP? Ostra przesada.
" RUCHAŁ IDIOTO, RUCHAŁ! - wrzasnął, wzbudzając szeroki uśmiech u młodzika."
Jak wyżej, tym już dowaliłeś!
"(...)Nightmare Moon próbowała obalić swoją siostrę. Co jak wiemy, nie do końca jej się udało, dzięki szóstce przybłęd z Ponyville."
Ja rozumiem, prostacki weteran, ale żeby w ten sposób określać użytkowniczki najpotężniejszej mocy w Equestrii? Które ocaliły królestwo?
"wielkości dupy Celestii"
Mówiłem już o nadmiernym epatowaniu wulgarnością? A gdzie szacunek dla władczyni? W, hm, dupie?
"Hehe, założę się, że w gaciach miał coś twardszego niż jego skrzydło"
Hehe, kucyki na pewno noszą spodnie :)
Ogólnie, gdyby powyższe opowiadanie nie było by oparte o świat MLP, to bym nie miał żadnych "ale", a tak:
7/10
pozdro
W zasadzie to nie mam jak się bronić, bo to po prostu moja wizja Equestrii xp. Jednym się podoba a drugim nie, chociaż muszę powiedzieć że pisałem to by odpocząć trochę od "grimderpa". Co prawda być może trochę przesadziłem z wulgaryzmami, ale realia rozmowy dwóch znudzonych wartowników musiały zostać zachowane.
UsuńAha, teraz zauważyłem że akapity wcięło xp.
Obrazek ledwie godny spojrzenia, ale ten opis... soczysty i satysfakcjonujący, Moata mam gdzieś, ale dwójkę rozmówców szczerze polubiłem w połowie historii.
OdpowiedzUsuńAż mnie zachęciło, by w końcu zabrać się za tego fanfika "Czarne niebo".
Tak mnie też zachęciło...
UsuńAle ilość przekleństw pewnie tam przekracza skalę dobrego smaku..
Oj, Kervaku, widzisz - wysłałeś nie do końca prawdziwe przesłanki co do swojego fika. Ale reklama to reklama, przyda się ;]
UsuńA tak szczerze, to też chciałbym w nim wreszcie zobaczyć kuce o charakterze z krwi i kości.
Hej, gdzie jest oc Vinyla ?
OdpowiedzUsuń